sobota, 30 maja 2015

fotografie kolekcjonera chwil






















Ojce, Duffy i Złodziejom Serc

Od dwunastu nocy pełnię wachty. Najpierw przy rodzącej Duffy, a od ponad tygodnia przy Złodziejach Serc. Nie mogę zmrużyć oka, bo potrzebują mnie, są jeszcze zbyt mali, bezbronni, a ich matka, tyle razy większa od nich, może przez przypadek zrobić im w kojcu krzywdę. Trzeba cały czas czuwać.

Czuwam nocami, bo noce są moim żywiołem. Odpływam tylko na kilka godzin w ciągu dnia. Niekiedy nie wiem już, co jest jawą, a co snem.

Wcale sobie nie goryczę. Ale właśnie zapełniam archiwum zdjęciami z obu aparatów, które pracują na okrągło - podejmując z gruntu przegraną walkę, żeby niemal jeden do jednego utrwalić wszystko, co najważniejsze - i uświadamiam sobie, że to jednak nie był sen. Że sobie tego nie zmyśliłem. Kadr po kadrze. Wszystko prawdziwe.

Tak trudno zanurzyć się bez pamięci w życiu, czas wypełniony pięknymi chwilami zbyt szybko mija. Ks. Twardowski w jednym z wierszy pisał:

tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje

Niekiedy jedynie zdjęcia zaświadczają, że to nie był sen. Nie macie tak, że dopiero na fotografiach widzicie, co było Waszym udziałem? Zamrożony w kadrze czas pozwala dokładniej przyjrzeć się zdarzeniom, docenić to, czego mogliśmy dotknąć. Zatrzymane uśmiechy. Ocalone. Bo fotografia ocala uśmiech, jak pisał w innym wierszu ksiądz poeta.

Susan Sontag w słynnym eseju wyznała: kto zbiera fotografie, ten zbiera świat. Tak, zbieram go, a przynajmniej się staram. Teraz pamiętam każdą chwilę, najmniejszy szczegół z ostatnich kilkunastu dni. Szczeniaki przyssały się do życia i każdego dnia wypełniają się nim coraz bardziej, a ty nie możesz się nie rozczulić, gdy patrzysz na to wszystko. Starasz się zapisać w głowie każdą sekundę, każdy pisk czy nieudolną jeszcze próbę szczekania. Bo wiesz, że to nie jest raz na zawsze, bo wiesz, że to tak szybko mija. I za chwilę jedyne, co zostanie, to będą wspomnienia. A ty jedyne, co możesz teraz zrobić, to zapisywać je w sobie bez końca. Bogacić się obrazami.

Na przykład taka chwila: siedzę w fotelu, komputer na kolanach, na moment przerywam pisanie tych słów i wtulam twarz w jednego ze złodziei. Wdycham ciepły zapach sierści i mleka, czuję jak łomocze mu serce. Zwalniasz migawkę lustrzanki. Pstryk. I jesteśmy poza czasem. Już nic temu nie zaprzeczy.

Wiem, że nie mogę zawierzyć pamięci, bo prędzej czy później mnie zawiedzie. Teraz wspomnienia są we mnie bardzo wyraźne, ale szybko może się okazać, że niektóre zacznę widzieć jak przez mgłę i stracę pewność co do szczegółów. Uświadamiam sobie, że w mojej głowie nie przetrwają wszystkie obrazy, które chciałbym zatrzymać, więc z zapałem kolekcjonera pięknych chwil zapisuję je na karcie aparatu, zanim zamglą się, zatrą, aż w końcu staną się nierozpoznawalne i już nic z nich nie odczytam, jakby nigdy ich nie było.

Zdjęcie, które oglądam, w nazwie pliku zatytułowałem „zapraszam już na ten świat”. To było dzień przed porodem. Leżę z Duffy na dywanie, gładzę ją dłońmi, twarz wtulam w jej ogromny jak kilka arbuzów brzuch, z drugiej strony świata od czasu do czasu ktoś w nas kopie; miękkość światła pozwala się domyśleć, że to już ostatnie chwile popołudnia; przez zamknięte oczy patrzę gdzieś w dal, ponad horyzontem, ponad linią spokojnego morza, jakbym tam próbował odczytać przeznaczenie; leżę tak i przemawiam do malców, żeby nie męczyły już mamy i przyszły na ten piękny świat. Błaznuję jak dzieciak, a Duffy zanosi się śmiechem. Niemal jak człowiek, bo ona potrafi się śmiać.

Nasłuchuję jej serca i choć wiem, że to niemożliwe – także wielu małych serc. Nasze czułości wypełniają niemal cały kadr.

Przeglądam teraz setki zdjęć z ostatnich dni. Złodzieje Serc i Duffy. Ale myślę o jednej fotografii z archiwum. To wtedy wszystko się zaczęło.

Fale rozbijają się o skały. Do lustrzanki nikona wpinam długi, jasny obiektyw, który za chwilę delikatnie Was narysuje. Przed naciśnięciem spustu migawki waham się długą chwilę, nie tylko dlatego, że Duffy jak zwykle odwraca głowę od aparatu, a Ty wstydzisz się jak pensjonarka, uciekasz mi albo podchodzisz tak blisko, że długa ogniskowa obiektywu nie pozwala na złapanie ostrości; waham się przede wszystkim w obawie, że zaraz oto okaże się, że jednak nie istniejecie, że tylko sobie Was zmyśliłem, a Twój śmiech jak dzwoneczki, który słyszę mimo silnego wiatru, to złudzenie.

Jesteście na tyle daleko, że wszystko to wydaje się możliwe. Ale uśmiecham się i gdy w końcu idziecie w moją stronę, przykładam aparat do oka, patrzę spokojnie, przystajecie, jakbyście się wahały, co zrobić, wzrok masz wstydliwe opuszczony, ale na chwilę, na ułamek sekundy, podnosisz oczy, widzę delikatny uśmiech, wiatr bawi się Twoimi włosami, które wystają spod czapki, i w tym momencie uwalniam migawkę. Przysłona 4, czas ekspozycji 0,0125 sekundy, ISO 100, ogniskowa 300 mm. Patrzę w wyświetlacz na tylnej ściance lustrzanki. Jesteście. Jednak jesteście.

Ale pierwsze zdjęcie robię nam kilka dni wcześniej zwykłym iphonem. Jest sylwestrowa noc, ciepło ubrani, z piersiówką żołądkowej, wychodzimy na taras powitać nowy rok. Spokojne wody fiordu, niemal niewyczuwalny wiatr i ostry mróz. Na niebie nie ma chmur, widać miliardy gwiazd i fajerwerki, które wybuchają całą tęczą. Duffy nie boi się wystrzałów, opiera się przednimi łapami o drewnianą barierkę i jak oczarowana patrzy raz na to widowisko barw, raz na nas. Robię Ci dwa zdjęcia, jedno z profilu, drugie en face, trzymasz piersiówkę i patrząc na nią, uśmiechasz się zmieszana.

Po chwili wtulasz się we mnie, a między nas wpycha się Duffy. Zaczyna wirować świat. Pstryk. I już na zawsze wypełniamy cały kadr.