piątek, 29 stycznia 2016

umarliśmy kilka razy, gdy zaginęła Hjarte


Na Okęciu zaginęła klatka z Hjarte. Klatkę z Duffy bagażowi przywieźli dość szybko. Ale ta ze szczeniakiem przepadła jak kamień w wodę.

- A druga klatka?! - zapytała Ojka, gdy odebrała Duffy.
- Nie ma - powiedział pracownik lotniska.
- Jak to nie ma?! Kapitan samolotu osobiście zapewnił mnie, że w luku dla zwierząt są klatki z dwoma moimi goldenami! Zawsze o to pytam po wejściu na pokład... Jak można zgubić tak dużą klatkę?!

Nie było mnie przy tym. Od taśm bagażowych do drzwi, gdzie lotnisko wydaje nienormatywne bagaże, jest spory kawałek. Taszczyłem nasz ciężki wojskowy worek i już z daleka, widząc zdenerwowaną Ojkę, zorientowałem się, że coś jest nie tak.

- Jak to ?! - krzyknąłem.

Już wtedy poszukiwania trwały od kwadransa, a może dłużej. A tak naprawdę czas się zatrzymał i zamienił w wieczność.

Słyszałem tylko skomlenie Duffy, która nigdy nie skomli. I serce. Swoje serce, które grzmociło mi w uszach, jakby chciało mnie znokautować.

Staliśmy sparaliżowani. Wpatrywaliśmy się w drzwi. Ojka w rozpaczy układała w głowie plan powrotu do Norwegii, żeby szukać Hjarte, a ja myślałem, że jeśli coś się małej stało, to wejdę tam i ich pozabijam. Na oślep, w rozpaczy.

Straciłeś kiedyś siebie? Tak na amen, że czułeś: już mnie nie ma. Niby jeszcze jesteś, ale poza czasem, poza sobą, nawet poza domyślnością siebie. Świat jeszcze wiruje. Jednak już bez ciebie. Stoisz nieruchomo w jego centrum, ale przecież już cię nie ma. W uszach głucho, tylko szum krwi tłoczonej potężnymi uderzeniami serca.

Ja tak miałem. Ojka tak miała. Zdążyliśmy kilka razy umrzeć, a minutnik zegara przesunął się ledwie o kilkanaście kresek.

Tylko nie Hjarte. Moje serce. Tylko nie ona. To tak, jakbym stracił kawałek siebie... Ci, którzy nigdy nie kochali psa i nie byli kochani przez psa, nie zrozumieją. Ale tak, dobrze czytacie – czułem się, jakbym stracił kawałek siebie.

***

Ojka zawsze powtarza, że Hjarte jest taka jak ja. Nie chciała mi nigdy odpowiedzieć dlaczego, ale wczoraj w końcu zmusiłem ją do tego. Siedziała na sofie, patrzyła na nas i opowiadała, a ja notowałem.

Zaznaczam tylko, że choć Hjarte (podobnie jak Duffy) jest cząstką mnie, to jak nigdy nie będę tak dobry jak ona. Dźwigam w sobie zbyt wiele melancholii, za dużo myślę, oceniam i potrafię zranić słowami jak sztyletem. Poniżej to tylko moje notatki z tego, co mówiła Ojka, więc wybaczcie, ale czuję się usprawiedliwiony.

Bezustannie zachwycacie się światem i potraficie skoncentrować się na czymś bez pamięci. Kilka dni temu Hjarte, z nosem przyklejonym do szyby drzwi tarasowych, oczarowana, bez ruchu, patrzyła, jak dzieci zjeżdżają na sankach z górki. Ty jak się czymś zafascynujesz, opowiadasz o tym z zapałem w oczach, studiujesz to, badasz do dna, fotografujesz, piszesz.

Oboje jesteście szaleni. Ty pozornie poukładany ciągle zachowujesz się jak wariat, nigdy sztampowo; nawet jak wyciągasz naczynia ze zmywarki, układasz z nich na półkach piramidy, których boję się dotknąć, żeby nie runęły. Jak zadaję ci poważne pytanie, tańcujesz z poduszką na głowie. Hjarte wydurnia się tak samo. Gdy zabieram jej z pyska obślinioną skarpetę, w sekundzie ma już w nim gacie i przynosi mi je roześmiana po uszy. Nigdy nie wiadomo, co zrobicie, co wam uderzy do głowy.

Nie możecie ustać w miejscu. Uwielbiacie biegać. Hjarte była największym łobuzem w kojcu; wszyscy, którzy ją wtedy poznali, ciągle o niej mówią, tak bardzo się wryła im pamięć. Ty też się wyróżniasz, wszystko kwestionujesz i zawsze masz swoje zdanie, często zupełnie inne niż wszyscy. Jesteście nieposkromieni. Hjarte, gdyby mogła mówić, byłaby pyskata. Dokładnie wie, czego chce. Jak ty.

Ja z Duffy jesteśmy bardzo otwarte na wszystkich. Wy z Hjarte lubicie towarzystwo, ale nie jest Wam potrzebne do szczęścia. Sami wybieracie, z kim się będziecie zadawać. Jesteście samotnikami. Nie zabiegacie o ludzi, nie kokietujecie. Wystarcza wam wasz świat. Często w nim odpływacie.

Potraficie się zająć sobą i nigdy się nie nudzicie. Zawsze coś ciekawego robicie. Uwielbiacie się uczyć nowych rzeczy. Zachłanni na świat. Hjarte pokazuje wręcz: pokażcie mi to, wytłumaczcie. Nie odpuszcza, chce wszystkiego, do samego końca. Jak ty.

Macie swoje rytuały. Hjarte po powrocie z porannego spaceru jak piłeczka wskakuje na posłanie i tam w napięciu czeka na śniadanie. Ty godzinami potrafisz sączyć jedną kawę.

Oboje jesteście szlachetni, dobrzy sami w sobie, ale nie kochacie każdego, tylko nielicznych. Hjarte jest radosna, ty też – oboje pełni ciepłych emocji.

Pomijam już to, że robicie takie same miny albo tak samo nastawiacie ryjki, jak się buźkujecie. A jak mówię, żebyś mnie przytulił, uwalasz się na mnie całym ciałem. Dokładnie tak jak Hjarte.

Nie ma dla was półśrodków. Ja z Duffy mamy większe widełki na wszystko. A u was jest wszystko albo nic.

No i oboje uwodzicie. Uwodzicie wzrokiem, że aż serce mięknie. Jak narozrabiasz, zawsze w końcu do mnie przychodzisz i mówisz: „No dobra, już ci wybaczam, bo wielkość to przebaczenie”. Ona robi dokładnie tak samo. Bez słów. Ale wystarczy na nią spojrzeć.

Na tym Ojka skończyła analizę porównawczą. Ale leżąc w łóżku dokrzyczała jeszcze: - Przypomniało mi się: oboje macie świetne figury, mimo że pochłaniacie straszne ilości jedzenia...

Nigdy na to nie patrzyłem w ten sposób. Ale zakładając nawet, że Ojce może brakować obiektywizmu, rozumiecie już bardziej, dlaczego nad samym ranem, drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia, na lotnisku w Warszawie straciłem siebie.

Tak na amen, że czułem: już mnie nie ma.

***

W końcu otworzyły się drzwi. Jeśli to możliwe, zamarliśmy jeszcze bardziej. Dwaj pracownicy lotniska nieśli klatkę w jakiś dziwny sposób, jakby w środku nie było Hjarte. I Ojce, i mnie przemknęło przez myśl najgorsze: że może coś strasznego jej się stało...

Duffy, która zawsze jest oazą spokoju, zaczęła łomotać się po swojej klatce. I klatka zsunęła się z wózka. Nachyliłem się, żeby ją podnieść.

W tym właśnie momencie, kilka metrów dalej, pracownicy lotniska odstawili na podłodze drugą klatkę. I zobaczyłem ją...

Hjarte!!!

Moje serce, jednak bijesz.

eden

sobota, 23 stycznia 2016

z kim dobić targu, żeby kupić życie?


Odezwij się czasem
ciekawy jestem
gdzie i z kim teraz
umierasz

Słowa wiersza Borszewicza dźwięczą w mojej głowie zawsze, gdy pytasz, dlaczego tak długo milczę. To dlatego, że ja mam słabość do słów. I do milczenia.

To było tak. Polska. Tuż po Nowym Roku. Noc zbyt szorstka, chociaż trochę powolna i ciemna jak wrona. Za oknem mróz. Ojka śpi na piętrze. Ja z bratem piję wódkę 
na dole. Bo my lubimy wódkę i noc. Zwłaszcza gdy drewno strzela w kominku, a nam wszystko wydaje się jeszcze możliwe.

Hjarte śni snem dziecka. Duffy jest niespokojna. Podchodzi do mnie i pokazuje, że chce wyjść na ogród.

Silnik wciąga powoli żaluzje, a ona niecierpliwie szturcha mnie głową, żebym szybciej otworzył drzwi tarasu. Wybiega na śnieg i ginie w ciemnościach lasu. Ostre szpilki mrozu kłują mnie w twarz, staram się nauczyć oczy ciemności i gdzieś tam w tej otchłani wypatrzyć Duffy. Ale słyszę tylko, jak wymiotuje.

Nie martwi mnie to jeszcze. Nie że wódka, duch uwolniony od zmartwień i od razu znieczulanie na cały świat. Ale Duffy jest delikatna, wystarczy, że się nałyka powietrza i czasem w środku nocy muszę wybiegać z nią nad fiord, bo inaczej nie dałaby nam spokoju. Trochę trawy i czkawka znika.

W końcu przyczłapuje umęczona, przytulam ją i przenika mnie jej zimno. Pod grubym zimowym futrem, poprzetykanym płatkami śniegu, wyczuwam delikatne dotyki jej siedmioletniego serca.

Potem po rozchodniaku z bratem i wszyscy odpływamy w śnie.

Ojka jak zawsze wstaje skoro świt. Duffy nie przestaje wymiotować. Jadą do weterynarza. Ja z Hjarte zostaję w domu. Po raz pierwszy jest tak długo bez mamy i nie może znaleźć sobie miejsca.

Lekarze badają Duffy wiele godzin. Potem Ojka dzwoni, że weterynarz wezwał ją do gabinetu i powiedział, że w żołądku Duffy widzą coś, co przypomina duży guz. Ma jakieś siedem, osiem centymetrów. Potrzebne są kolejne badania.

Ojka kończy łamanym głosem i skulona w strachu czeka na wyrok. Myśli sobie, że Duffy wiedziała już dawno o chorobie, ale chciała nam jeszcze podarować szczeniaki.

Nagle znikają dźwięki, smaki i zapachy. Jestem odrętwiały. Tulę Hjarte. Jeszcze nigdy nie widziałem jej tak przygaszonej. Jest jak wulkan, który wygasł.

Staram się myśleć trzeźwo. Czytam o raku żołądka u dużych psów. Kiepsko to wygląda. Zostały nam miesiące. Taka jest statystyka.

W takich chwilach widzisz jasno, co w życiu jest bezcenne. Samo życie. Myślę, że oddałbym wszystko, żeby jeszcze go dla niej trochę kupić, żeby ją ocalić. Żeby jeszcze długo móc patrzeć w jej mądre smutne oczy, czuć jej zapach, ciepło i miłość.

Tylko z kim dobić targu? Z losem, z bogiem, z przeznaczeniem? Jak to załatwić? Powiedzieć: „Oddaję wszystko, co mam, tylko ocal przyjaciela”?

To niedorzeczne, pełne miłości, ale niedorzeczne. Tak samo jak to, że w takich chwilach zawsze rozmawiam w myślach z ukochanym dziadkiem. Już go dawno nie ma, a jednak, kiedy chcę, potrafię w głowie wyraźnie usłyszeć jego niski głos.

Mówię mu bezgłośnie: „Pomóż”.

On nigdy nie odpowiada, ale zawsze pomaga. Nie nadużywam tego, ale zawsze pomaga.

Irracjonalne to, ale za bohaterem pewnego filmu, dotkniętym nieszczęściem, zastanawiam się:

O czym traktuje >>Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manchy<<?
O gnębieniu duszy przez racjonalne myślenie?
Czy może tryumfie irracjonalności i jej mocy?

Spędzamy mnóstwo czasu na porządkowaniu świata.
Tworzymy zegary, kalendarze, przepowiadamy pogodę...

Jednak jaką część naszego życia naprawdę kontrolujemy?
Co jeśli świadomie wybieramy ułudę?
Czyni nas to szaleńcami?

Ale czy nie lepsze to od rozpaczy?”

Na ostateczny wyrok czekamy kolejne godziny, które wydają nam się wiecznością. Zabieram Hjarte do lasu. Tam nie mam wyjścia, muszę się uśmiechać. Jej szczenięca energia i ciekawość wszystkiego mają tyle optymizmu.

Siedem miesięcy życia, zachłanne uczenie się świata, aż tu nagle śnieg, na którym możesz wykręcać piruety. Naciera na mnie cały czas jak byk na toreadora. Iskry szczęścia w oczach. Robaczkowe ruchy całego ciała, nad którym zdaje się nie panować. I cały pysk w śniegu. Wypisz wymaluj młody Dziadek Mróz. Zawsze wyczarowuje uśmiech. Kocham ją jak szaleniec.

Myślę o Duffy, która gdzieś tam w klinice przyjmuje kolejną kroplówkę. Czyżby życie zatoczyło koło i chciało wystawić tak wysoki rachunek za nasze szczęście?

Znowu szukam w myślach rozwiązania, z kim by tu dobić targu. I zmienić bieg przeznaczenia, które chce nas doświadczyć.

Zmarznięty długo grzeję się potem przy kominku. Patrzę bez myśli w ogień, odpływam gdzieś w odrętwieniu i czekam na telefon. Hjarte kładzie się pod drzwiami do domu. Nigdy nie była tak smutna.

Późnym popołudniem dzwoni Ojka, że to jednak nie guz! Duffy się czymś zatruła, ale to nie guz! Kroplówki i antybiotyki pomogą jej wrócić do zdrowia.

Przy okazji wykryto u niej początkowe stadium spondylozy, czyli zwyrodnień w trzonach kręgowych i stawach kręgosłupa. Bardzo nas to martwi, ale z tym może żyć.

Życie. Jakie piękne słowo.

Jesteśmy przeraźliwie zmęczeni. Kładę się na posłaniu goldenek przed kominkiem. Duffy z wenflonem w lewej łapie układa się koło mojej głowy, Hjarte na wysokości brzucha. Wszyscy się mieścimy. Ojka przykrywa mnie kocem. I śpię tak z goldenkami bardzo długo. Przez sen słyszę spust migawki. Potem na zdjęciach oglądam, jakim błogim byliśmy obrazkiem.

Tryumf irracjonalności i jej mocy? Czyli jednak da się przechytrzyć los. Rozpiera nas szczęście, że jeszcze nie teraz. Że wciąż jesteśmy bogaczami i mamy wszystko, co najcenniejsze. Nasze życia.

A więc już wiesz, że umieram ze swoimi blondynkami Ojką, Duffy i Hjarte. Umieramy jak Ty - z każdym oddechem. Ale jeszcze nie teraz, nie zaraz, tylko kiedyś tam.

To nie ma ceny.

eden