niedziela, 7 grudnia 2014

cisza z tysięcy cisz

































Pamiętam, że Twój samolot rozbił się w sercu Sahary po czerech godzinach lotu nocą 30 grudnia 1935 roku. Próbowałeś pobić rekord prędkości przelotu na trasie Paryż – Sajgon. W wyniku katastrofy zbiornik z wodą pękł, a bez niej na Saharze można wytrzymać najwyżej dzień. Miałeś tylko trochę kawy, wina i kilka owoców. Słońce szybko zaczęło wysuszać Cię na wiór. Ostatnie krople życia wysysałeś z podzielonej na cząstki pomarańczy. Z każdym kęsem wydawało Ci się, że przenosisz się do pomarańczowych gajów, które były wtedy dla Ciebie rajem. Gdy sądziłeś, że to już koniec, czwartego dnia cudownie ocalił Cię samotny Beduin. To tu na granicy życia i śmierci poznałeś Małego Księcia i pustynnego lisa – fenka.

Myślę o tym wszystkim zawsze, gdy jestem na pustyni.

Wiesz, lis wciąż tam jest, widzieliśmy go niedawno. Śmieszny z tymi wielkimi uszami jak skrzydła nietoperza. Wystarczy jedna moneta, żeby się z nim sfotografować.

***

Pustynie mnie fascynują. Zwłaszcza Sahara. Najpierw morzem piachu przygniata wyobraźnię, nie zostawia jej miejsca na nic, dopiero po chwili ustępuje zachwytowi – wtedy napełniasz głowę obrazem bezkresu. Sześć tysięcy kilometrów długości, dziewięć milionów kilometrów kwadratowych pustki. Prawie jedna trzecia Afryki. Nie, nie jesteś w stanie objąć tego wyobraźnią. Namiastki cywilizacji tylko w oazach, reszta to dziewicza przyroda. Tak samo wyglądało tu kilkaset tysięcy lat temu. Drobne ziarna piasku jak w klepsydrze dostają się wszędzie, chrzęszczą między zębami.

Tuż o wschodzie słońca, gdy piasek nie jest jeszcze gorący, przyjemnie pieści stopy. Twoje ślady znikają w jednej chwili. W twoich żyłach krąży pita w nocy wódka i wszystko wydaje ci się jeszcze mniej rzeczywiste. Jesteś raczej domyślnością siebie.

***

Kocham noc. Na pustyni lubię wbijać oczy w jej smolistą gęstość. Latem noc na Saharze jest ciepła. Spróbuj wtedy na moment zamknąć oczy, wystawić twarz do wiatru. Niech wychłoszcze ją łagodnymi dotykami, zmierzwi włosy jak łobuzowi. Czarne powietrze, niebo gwieździste, a ty upij się, jak kazał Baudelaire:

„Trzeba być wciąż pijanym. To cały sekret; w tym tkwi wszystko. Żeby nie czuć straszliwego ciężaru Czasu, który miażdży wam barki i zgina grzbiet ku ziemi, musicie wciąż się upijać. Czym? Winem, poezją albo cnotą, wedle upodobania. Byle się upić”.

Poczujesz, że coraz szybciej bije ci serce. Zawiruje świat, a tobie wyda się, że dotykasz nieskończoności. Ale być może będzie to tylko ta ciepła wódka i ten pustynny wiatr.

***

Gdy wschodzi słońce, pustynia bucha takim żarem, że z trudem znajdujesz w nim tlen. Czujesz ciężar tej gorącej pustki w każdym oddechu. Ale dla mnie Sahara zawsze miała w sobie coś romantycznego. 

„Pustynię upiększa to, że gdzieś w sobie kryje studnię” - napisałeś. „Studnia jest dalekosiężna jak miłość”.

***

Dla takich rozbitków jak Ty pustynia nie ma litości. Pamiętam, jak po trzech dniach od katastrofy swojego samolotu pomyślałeś:

„Żegnajcie Wy, których kochałem. Nie jest moją winą, że ciało ludzkie nie może przeżyć trzech dni bez wody. Nie sądziłem, że tak dalece jestem więźniem źródeł. Nie przypuszczałem, że moja niezależność jest aż tak ograniczona. Wydaje się, że człowiek może iść, ot tak sobie, prosto, przed siebie. Wydaje się, że jest wolny... Nie widać bowiem sznura, którym jest przywiązany do studni. (…) Jeśli zrobi choć krok za daleko — umrze”.

Zawsze, kiedy jestem na pustyni, myślę o tych słowach. Nic mi wtedy nie zagraża, jestem tylko turystą, ale czuję ich ostateczność.

W „Ziemi, planecie ludzi” napisałeś jeszcze, co myślałeś jako rozbitek bez większych szans na przeżycie:

 „Okazało się, że jestem pełen snów. (...) Był gdzieś park pełen czarnych świerków i lip i stary dom, który kochałem. Mniejsza o to, daleko czy blisko, mniejsza o to, że sprowadzony tutaj do roli snu nie mógł ani ogrzać mojego ciała, ani użyczyć mi schronienia; istniał – to wystarczyło, aby wypełnił moją noc swoją obecnością. Nie byłem już ciałem wyrzuconym na piaszczysty brzeg, miałem swoje miejsce na ziemi, byłem dzieckiem tego domu, wypełnionym pamięcią jego zapachów, chłodem jego sieni, głosami, które go ożywiały. Nawet skrzeczenie żab w sadzawkach odnalazło mnie tutaj. Trzeba mi było tych tysięcy punktów orientacyjnych, bym mógł poznać samego siebie, bym odkrył, z czyich nieobecności składał się smak tej pustyni, bym znalazł sens tej ciszy złożonej z tysięcy cisz”.

***

Choć nie miałeś prawa przeżyć tak długo bez wody na Saharze, nie poddałeś się i walczyłeś przez kilka dni. Odnalazłeś w sobie bogactwo wspomnień i snów i uchwyciłeś się ich jak drogowskazów. Wypełniły Cię życiem.

Wyobrażam sobie, że kiedy myślałeś - to już ostatnie chwile, zamknąłeś oczy, zginęły myśli, przestałeś odczuwać pragnienie i dotkliwy chłód grudniowej nocy; powinieneś się wtedy bać, słyszeć potężne walenie swego serca, ale ono pracowało tak spokojnie, tak miarowo.

Ocalony napisałeś: „Najważniejsze jest, by gdzieś istniało to, czym się żyło: i zwyczaje, i święta rodzinne. I dom pełen wspomnień. Najważniejsze jest, by żyć dla powrotu”.

sobota, 14 czerwca 2014

nigdy nic nie przepada?






















Skończył się alkohol, więc upijasz się słowami i muzyką. Za oknem migają światła portu, a czerń nocy ustępuje granatowi, przez który przebija się już błękit. Czytasz wiersz o ironii bytu:

„Zdarzyć się mogło, zdarzyć się musiało, zdarzyło się wcześniej, później, bliżej dalej, zdarzyło się nie tobie - ocalałeś, bo byłeś pierwszy, ocalałeś - bo byłeś ostatni. Bo sam, bo ludzie, bo w prawo, bo w lewo. Bo padał deszcz, bo padał cień, bo panowała słoneczna pogoda. Na szczęście był tam las, na szczęście nie było drzew, na szczęście szyna, hak, belka, hamulec, framuga. Na szczęście brzytwa pływała po wodzie. Wskutek, ponieważ, a jednak, pomimo, co by to było, gdyby ręka, noga - o krok, o włos od zbiegu okoliczności! A więc jesteś? Prosto z uchylonej jeszcze chwili? Sieć była jednooka, a ty przez to oko? Nie umiem się nadziwić, namilczeć temu. Posłuchaj... jak mi prędko bije twoje serce”.

Zobacz, ile musiało się stać i ile musiało się nie stać, żebyś siedział tu teraz nad ranem z bosymi stopami na zimnej podłodze gdzieś na końcu świata.

Czytasz u Austera: „Jesteś przekonany, że to cię nie może spotkać, że to nie ma prawa cię spotkać, że jesteś jedyny na świecie, którego nigdy to nie spotka, a potem po kolei spotyka właśnie ciebie, w ten sam sposób, w jaki spotyka wszystkich dookoła”.

Czas niesie cię, nadaje inny kształt, rozmywa. Nie możesz poczuć, że to ty, jesteś raczej domyślnością siebie. Masz 38 lat. Jedne drzwi się zamknęły, inne zostały otwarte.

Zastanawiasz się, co się dzieje z wydarzeniami, które były naszym udziałem. Nigdy nic nie przepada? Czy przepada wszystko, jakby nigdy nas nie było?

Myślisz o Edenie. Patrzysz, jak pogrąża się w głębi oceanu i niemal czujesz, jak woda wypełnia twoje płuca. Trwa to i trwa. Serce powinno już ci nie bić, ale ono pracuje miarowo, wytrwale. Jeszcze kurczowo trzyma się życia, jeszcze nie dotykasz nieskończoności.