piątek, 30 października 2015

dzień jest tak idealny, że nie czujesz ciała

























1.
Wyobraź sobie las. Zieleń tak żywa, że nabierasz wątpliwości, czy ktoś jej nie podkolorował. Drzewa tak gęste, tak nierzeczywiste, że zastanawiasz się, czy przez pomyłkę nie znalazłeś się w którejś z bajek Disneya. Zamykasz oczy i czujesz, jak otacza cię śpiew ptaków, nabierasz w płuca powietrza gęstego od oddechu drzew i zaczyna kręcić ci się w głowie jak na haju. Magiczna chwila. Na granicy między jawą a snem.

Dzień jest tak idealny, że nie czujesz ciała, jakby nie miało ciężaru, jest tak lekkie, że zlewa się z powietrzem, niemal się rozpływasz i już nie masz pewności, gdzie jest koniec ciebie. Nie musiałbyś nawet oddychać. Otwierasz oczy i, jakby kroki nic nie ważyły, idziesz lekko ścieżką do jeziora pośrodku lasu.

Jego tafla jest gładka jak lustro, nie ma ani jednej zmarszczki wiatru. Zatrzymujesz się i trwasz tam długo poza czasem, poza myślami, bo stajesz się cząstką tego świata i już nic nie musisz.

Nagle, z błękitnego nieba bez chmur, zaczynają spadać ciężkie krople ciepłego deszczu. Widzisz to wszystko w zwolnionym tempie, jakbyś oglądał film - migawka po migawce.

Na jeziorze od kropel zaczynają tańczyć coraz większe pierścienie.

Będziemy kiedyś takim deszczem. Krew w naszych żyłach jest tą samą wodą.

2.
Z naukowego punktu widzenia śmierć następuje, gdy po obu stronach błony komórkowej energia osiąga równowagę.

Człowiek to tylko woda. Woda w siedemdziesięciu pięciu procentach. Niektórzy mówią: woda uduchowiona.

Do tego dwa kilogramy wapnia, tyle trzeba na przykład na pobielenie kurnika.

Za wszystkie pierwiastki, z których się składam, na złomie zapłacą najwyżej 100 zł.

Ale już starożytny filozof Protagoras stwierdził: „Człowiek jest miarą wszechrzeczy”.

3.
O swoich umarłych myślę cały czas, nie tylko od święta, jednak w te dni w szczególności. Wraz z nimi odeszła cząstka mnie. Ale jeszcze tu jestem i jeszcze oni są we mnie.

Myślę o dziadku, które był dla mnie całym światem. Umierał przez dwa tygodnie po tym, jak w głowie rozlała mu się krew. Umierał bez świadomości, bez kontaktu z nami. Jednak tuż przed śmiercią, gdy wychodziłem ze szpitala i swoim zwyczajem, jak zawsze na pożegnanie, kiedy był jeszcze w naszym świecie, rzuciłem: „Cześć, dziadek”, on otworzył oczy, wyciągnął rękę, uścisnął mi dłoń, wyszeptał: „Cześć...” i znowu skulił się w przedsionku śmierci.

Nikt by mi w to nie uwierzył, bo to było niemożliwe, lekarze mówili: krew zniszczyła mu mózg. Ale to nie było żadne moje zmyślenie, przy łóżku dziadka stali świadkowie: moja mama i jej brat. Odebrało nam mowę, do oczu napłynęły łzy.

4.
- Nie martw się, dziadek nigdy nie umrze, bo będziemy się nim dobrze opiekowali – pocieszała mnie mama, gdy jako mały chłopiec odkryłem, że jesteśmy śmiertelni. Nie wyobrażałem sobie życia bez dziadka także wiele lat później, już jako młody mężczyzna. Podobnie, jak nie mogłem zaakceptować myśli, że przyjdzie dzień, w którym dalej w życie będę musiał pójść bez swojej ukochanej Cory u nogi.

Pamiętam piękny czerwcowy wieczór, gdy ją chowałem. Pojechałem z dziewczyną. Kupiłem łopatę, wykopałem głęboki grób, bo to był duży pies, i poszedłem po niego do samochodu, który stał 200 m dalej na leśnym parkingu.

Właśnie w tej chwili zaczęło grzmieć, bezchmurne przed momentem niebo przecięły błyskawice i wielkie krople letniego deszczu zmieszały się z moimi łzami. Niosłem ciało psa, bez którego nie wyobrażałem sobie życia, czułem jeszcze jego ciepło i przepełniała mnie tak wielka, tak czysta rozpacz, że przez chwilę pomyślałem sobie, że to jednak szczęście, że mogę być człowiekiem i tak intensywnie doświadczać życia.

Te krople deszczu były tak samo nierzeczywiste jak pożegnanie z umierającym dziadkiem. Jakby niebo chciało ukryć moje łzy; w przebłyskach świadomości, a w tamtej chwili przecież niemal wszystko działo się poza nią – wstydziłem się tych łez, bo jeszcze wtedy nie wiedziałem, że także mężczyzna może - i nawet powinien - płakać. Ale to było też tak, jakby niebo płakało ze mną. Ciężkimi i ciepłymi łzami letniego deszczu.

Takim deszczem chciałbym kiedyś być. Kiedy umrę, kiedy umrzemy z dziewczynami: Ojką, goldenkami Duffy oraz Hjarte i ze wszystkimi bliskimi zapadniemy się pod ziemię, to żyć będziemy dalej i spływać będziemy tu na ziemię w deszczu, który teraz jeszcze krąży w naszych żyłach.

I będziemy spadać delikatnie na gładką jak lustro taflę jeziora, a ono roztańczy się tysiącami pierścieni.

Jeśli zechcesz, zmyjemy twoje łzy albo dotkniemy uśmiechu.

poniedziałek, 26 października 2015

lepszego sensu życia nie będzie

























Wieje, mocno wieje. Kurtyny deszczu rozbryzgują się o ścianę ze szkła, przy której siedzisz za biurkiem z surowego drewna. Kofeina wprowadza cię w rausz, muzyka przyspiesza serce. Kilkadziesiąt metrów dalej sztorm ciska w skalisty brzeg potężnymi falami, które z fantazją szalonego artysty rzeźbi w wodach Morza Północnego. Ten wiatr, ten deszcz, te sine fale – ta jesień, która ciężkim oddechem wypełnia twoje płuca, ta mocna kawa, ta łagodna muzyka, która bawi się twoim pulsem, to wszystko dotyka najczulszych strun duszy - na co dzień bezpiecznie kryją się gdzieś głęboko w ciemności, ich częste szarpanie, zbyt mocne, pociągnęłoby cię w otchłań nicości, w jednej chwili rozpryskałbyś się, jak te sztormowe grzywy, o brzeg ze skał, a wiatr rozniósłby cię na wszystkie strony świata.

W taką jesienną porę najpiękniej sycić w sobie melancholię. Ale ty myślisz o tych wszystkich małych rzeczach, drobnych sprawach, za pomocą których codziennie z mozołem starasz oddalać się od czarnej otchłani nicości i od tych twardych, ostrych skał, dla których najpotężniejsze fale są jedynie dziecięcą igraszką. Myślisz o tych wszystkich małych radościach, z których czasem udaje się ci zbudować i poczuć przez chwilę upajające szczęście.

A więc właśnie teraz podchodzi do ciebie ukochana goldenka Duffy, gwałtownie wsuwa głowę pod twoją rękę i trąca cię, patrzysz w jej oczy, pytasz, czego chce, a ona mówi ci, nie, nic, dotknij mnie, sprawdzam tylko, czy jesteś...

Lubisz takie małe codzienne wyznania miłości. Bez słów o miłości. Jak u Myśliwskiego w „Nagim sadzie”. To jedna z najpiękniejszych scen w literaturze. Ojciec szuka w sadzie syna. Trwa to i trwa...

„Ale gdy po raz któryś podszedł do starej jabłoni i z jakimś lisim uśmiechem na twarzy obłapił pień i zaczął nim trząść z całych sił, krzyknąłem:

- Tu jestem!

Zastygł na moment, potem ręce opuścił, lecz nie odwrócił się w moją stronę. Rozejrzał się po drzewach niedbale, schylił się po coś w trawie i dopiero spojrzał ku wierzchołkowi, ale bardziej dla przekonania, czy się zażółcił od gruszek, aniżeli że ja tam się objawiłem. Po drodze jeszcze mszyce zdjął z jakiegoś drzewa, na innym obłamał suchą gałązkę, a gdy wreszcie przyszedł pod ulęgałkę, powiedział prawie obojętnie:

- Nie, nic nie chciałem. - I aby tę obojętność swoją poświadczyć, schylił się po gruszkę w murawie. - Nic nie chciałem. Tylko... czy jesteś”.

Więc tak, jesteś, jeszcze jesteś; lubisz te swoje biurko przy szklanej ścianie, widok zza niego: na morze i góry; w dni takie jak ten lubisz sycić przy muzyce swoją melancholię, wielkopańsko trwonić czas, patrzeć jak bezlitośnie przepływa przez palce i nic sobie z tego nie robić; oddawać się marzeniom i przez moment – przez ułamek sekundy – pod wpływem chwili dawać się oszukać, że wszystko jest możliwe, że zawsze było i będzie możliwe, choć przecież wiesz, że to nieprawda, bo tyle drzwi się już zamknęło i wciąż słyszysz, jak trzaskają przed tobą kolejne.

Ale teraz cię to nie martwi, jest rano, a ty lubisz rozbudzać się kawą, powoli rozbierać się ze snu, czując w ustach gorycz wywaru z mocno palonych ziaren, który przygotowujesz w kawiarce od Bialettiego, z dużą ilością mleka, koniecznie na odurzająco słodko.

A więc tak, jesteś tu, siedzisz – jak dobrze pójdzie - w połowie swojego życia, na niewielkiej wyspie na krańcu świata, z bosymi stopami na podłodze, bo najsłodszy szczeniak świata Hjarte, swoim zwyczajem, podprowadził tobie i ukrył gdzieś i ciepłe skarpetki, i klapki; kurtyny deszczu rozmazują się strumieniami na szklanej ścianie, czujesz już kofeinowy haj – tak jak lubisz.

Pochylasz się nad Duffy odginasz jej lewe ucho i wkładasz w nie nos. Lubisz te ciepło i ten zapach. Lubisz to, jak ona wtedy mruczy. Jakby mówiła.

Kochasz słowa. Ze słów i obrazów budujesz w sobie całe wszechświaty. Kochasz książki. W każdym z twoich domów uginają się od nich półki, a twardy dysk poręcznego kindla trzeszczy w szwach.

Błądzisz oczami po grzbietach polskich książek, które transportowałeś cierpliwie po kilka sztuk samolotem do tego odległego świata za morzem. Myśliwski, Stasiuk, Murakami, Exupery, Kamiński, Hrabal, Bauman, Szczygieł, sporo nowości. Jest też poezja. Twardowski – biografie i tomy wierszy.

Choć nie wierzysz w nic, co niedotykalne, kochasz poezję ks. Twardowskiego. Jeśli jest jakaś mądrość w tobie, to dużo niej pochodzi właśnie z jego wierszy. Odkrywasz je ciągle na nowo. Czasem lubisz je czytać na głos.

„Bałem się oczy słabną - nie będę mógł czytać
pamięć tracę - pisać nie potrafię
drżałem jak obora którą wiatr kołysze
- Bóg zapłać Panie Boże bo podał mi łapę
Pies co książek nie czyta i wierszy nie pisze”

No i podbiega do was Hjarte, wciska się między matkę i biurko, że ona też chce dotyku, też sprawdza, czy jesteśmy, radośnie wysuwa łapę do przodu i zaczyna nią machać, następnie na ślepo, jak z dubeltówki, strzela szalonymi pocałunkami – tak jak uwielbiasz. No i siedzicie tak sobie przy biurku z widokiem na fiord – ty, sześcioletnia Duffy i jej półroczna córka Hjarte. Za oknem potężny sztorm, Duffy poważna, mała wciąż wierzga, bo radość z naszej bliskości i z poznawania świata na każdym kroku wręcz ją rozsadza, a ty nie możesz się nie śmiać. Robisz wam w głowie fotografię.

Lubisz fotografie; to że ocalają uśmiech, że odrysowują świat. Uwielbiasz zdjęcia Saudka, Newtona, Bressona, Salgado, Wantucha. Nie rozstajesz się z aparatem. Twoje twarde dyski rozrywają gigabajty zatrzymanych na zawsze chwil.

Uwielbiasz prozę, czytanie w pociągu, księgarnie, Pragę, Kraków, podróże, polskie morze o każdej porze roku, czekoladę, majonez, ketchup, tatara, żółty ser, razowy chleb na zakwasie, jajecznicę na boczku, sernik, arbuzy, lody, liryczność napędzaną porannym kacem, trampki Conversa, elektroniczne gadżety z logiem jabłka, zapach kobiety, widok kobiety w tańcu; drukarską farbę porannej gazety; przenikliwy humor matki; upadlanie się z bratem do rana, męskie rozmowy w oparach promili po kres świtu.

Kochasz noc. Lubisz nocą wyjść na drogę. Latem jest ciepła. Spróbuj uklęknąć na moment i przyłożyć do niej ucho, a potem wsiąść do samochodu i pomknąć między kolorowymi światłami wzdłuż białych linii ciągnących się w nieskończoność. Czarne powietrze, niebo gwieździste, włosy targa ci wiatr, a od muzyki masz dreszcze. Migają rozjazdy, zielone tablice, w oddali widzisz mruganie miast, starasz się wyobrazić, jak biją ich serca. 

Czytasz kilka książek naraz. Po latach, ponownie, ,,Traktat o łuskaniu fasoli’’, podczytujesz Hrabala i nieodmiennie Ciorana, i wszystkie topowe nowości, od kilku dni najnowsze dzienniki Twardocha, apokaliptycznego Houellebecq, wracasz też do klasyki, Kundery, odkrywasz „Wilka stepowego” (jaka to otucha wiedzieć, że nie jest się samemu pod tym „kocem na wycieczce ziemia”, jak o życiu pisał Twardowski), a jak już nie masz siły – to do poduszki zabierasz Mankella albo Nesbo.

Lubisz muzykę; często masz w uszach słuchawki, lubisz bieganie - to, że walczysz wtedy ze sobą, ze swoimi słabościami, a przy okazji medytujesz, lubisz to, jaki potem się czujesz wyciszony; lubisz gorzką żołądkową, najlepiej miętową, ale ta klasyczna, pomarańczowa, też obleci, i miodowy krupnik – lubisz pierwsze uderzenia wódki, ten moment, kiedy, na ledwie mgnienie oka, wszystko, ale to absolutnie wszystko wydaje się jeszcze możliwe, a ty robisz się lekki jak liść unoszony delikatnym wiatrem w ciepły jesienny dzień w promieniach słońca; lubisz pierwszy łyk zimnego piwa po całym dniu na Saharze; lubisz dźwigać ekstremalnie duże ciężary, to, jak sztanga zdziera ci dłonie, jak potem łomocze ci serce; lubisz pisać, będąc w takim uniesieniu, że nie możesz przestać, lubisz stawać twarzą do wiatru i zamykać oczy.

Niekiedy czujesz niewiarygodną lekkość bytu, jakbyś nie miał ciała, tylko wypełnionego pogodą ducha. To nawet lepsze niż to uderzenie po pierwszym kieliszku. To znacznie bardziej obezwładniające. Leżysz, jest ciemno, druga, trzecia, nieważne – noc, nad ranem; one koło ciebie: Ojka, Duffy, Hjarte. Wielkie łóżko w waszej skandynawskiej sypialni i twoje ukochane blondynki.

W takich chwilach wierzysz, że wszystko jest proste. Proste jest się urodzić, proste jest dojrzewać, proste jest cierpieć, przeżywać radość, niczego się nie bać, kochać i żyć.

Przez długą chwilę wsłuchujesz się w ich miarowe oddechy; goldenki od czasu do czasu pochrapują; pochylasz się nad tą swoją trójką i kolejno słuchasz ich serc, biją miarowo, spokojnie, pracują jak pszczoły po ciemku, „szukają miłości w miłości/przed śmiercią czystą i wielką” .

Zamykasz oczy i zatrzymujesz to wszystko na negatywach siatkówki.

Lepszego sensu życia nie będzie. Tylko taki utkany z chwil. Ulotnych jak wiatr szalejący za ścianą ze szkła.

Jeszcze tu jesteś, jeszcze są one. Wiatr jeszcze nie rozniósł cię na wszystkie strony świata. Jeszcze nie.

Ołłł jeeeee! ;)






czwartek, 8 października 2015

kłusownik w zwierzyńcach słów












Jeśli jesteście dużą obecnością małych oczekiwań oraz oczekiwanych dużych krachów; czcicielem słońca w restauracyjnych ogródkach i smakoszem księżyca przyglądającego się w wilgotnym bruku; jeśli śpieszycie się ciągle, żeby codziennie dwie-trzy godziny móc marzyć, bo dobrze wiecie, że życie ludzkie jest krótkie i płynie jak tasowanie kart; jeśli, jak Hrabal i ja, kłusujecie w zwierzyńcach słów, czyli – podsumowując - jeśli jesteście wrażliwcami przebranymi w zbroje twardzieli, a mówiąc ładniej: po prostu czułymi barbarzyńcami, bez trudu wyobrazicie sobie, jak bardzo musiało przyspieszyć moje męskie serce i jak bardzo musiało zarazem zmięknąć po takich słowach Ojki, wypowiedzianych wczoraj w nocy przed radiowym koncertem Korteza, do którego, mówiąc tak zupełnie na marginesie, przygotowaliśmy się z należytą pieczołowitością – norweskie krewetki w wybitnie rozkosznym sosie, białe wino z Mołdawii i najnowszy zestaw stereo z Japonii (serio, specjalnie pojechaliśmy po niego do sklepu):

- Wiesz, czuję, że Hjarte jest bardziej twoja. Spokojniejsza, gdy ją bierzesz na ręce, spokojniejsza, gdy ją głaszczesz... Duffy jest częścią mnie... Hjarte jest dla mnie czuła, słucha mnie, ale to część ciebie. Ja to czuję.

- Hm... - odparłem, no bo, co tu odeprzeć, skoro nie wie się co, gdyż Was zamurowało? - Owszem, mężczyźni to ślepcy, ale ty ciągle mówisz mi rzeczy, których ja absolutnie nie widzę. Na przykład, że dziś sprzedawczyni w sklepie spąsowiała, gdy na nią popatrzyłem z uśmiechem i karton jej wyleciał z rąk, a teraz to z Hjarte.... Miłe to, ale ja tego zupełnie nie dostrzegam i nie wiem, czy mogę ci do końca wierzyć.

No tak jej powiedziałem, ale wiecie co? Usłyszeć, że Hjarte jest „bardziej moja” to dla mnie, jak wygrana w totka przy szalonej kumulacji. Pomyślicie przez chwilę – nawet, jeśli to nieprawda – najwspanialszy szczeniak na świecie jest bardziej mój!

Nie chodzi o rywalizację. Rzecz w tym, że ja już nigdy nie miałem mieć psa.

Opowiadałem Wam o mojej ukochanej Corze. To ją wykarmiłem smoczkiem. To ona stała się częścią mnie i trwała w tym stanie przez połowę mojego życia. To przy niej na chwilę stanęło moje serce, gdy jej siedemnastoletnie, udręczone chorobami, przestawało bić. To przy jej grobie nad brzegiem pięknego jeziora kładę się czasem na ziemi, zamykam oczy i przez chwilę mogę poczuć się lasem jak ona, która nim już jest.

Nie chciałem po niej kochać już żadnego psa. Za dużo mnie kosztowało to rozstanie. Przygotowywaliśmy się do niego bardzo długo. Ostatnie nasze wspólne wakacje chodziliśmy sami nad morze oglądać wschody słońca i płakać ukradkiem, żeby nikt nie widział. Ostatni tydzień przed śmiertelnym zastrzykiem codziennie urywałem się z pracy na kilka godzin i leżeliśmy przytuleni na jej posłaniu. Nie chciałem więcej przeżywać takiej powolnej utraty kawałka siebie, którym ona była...

Aż tu nagle słyszycie, że znowu macie psa (choć gwoli prawdy przecież nie mówimy o psie, bo Duffy to Duffy, a Hjarte to Hjarte, a nie tam żadne psy!).

Kocham Duffy jak szaleniec, ale ona jest częścią Ojki. Kocham Ojkę jak szaleniec, ale ona jest częścią Duffy.

A Hjarte?

Ta złodziejka serc obrobiła śpiewająco czułego barbarzyńcę, jak w chwilach słabości do siebie pozwalam sobie myśleć o sobie? Złoczyńca o mylącym wyglądzie słodkiego szczeniaka dokonuje okrutnego zaboru mienia w celu przywłaszczenia – zgodnie z kodeksową definicją kradzieży - i staje się częścią ofiary?

No to mamy kradzież tysiąclecia!

- Hm... - odparłem sobie w myślach, no bo, co tu odeprzeć, skoro nie wie się co, gdyż Was zamurowało?

Żeby się tylko z tego nie obudzić, jeśli to sen, powtarzam sobie. Nie szczypcie mnie, proszę. Jeśli śnię, to niech o tym nie wiem.

Jeśli to tylko słowa, to właśnie na takie kłusuję w zwierzyńcach słów.

środa, 7 października 2015

stać się lasem





















Kilkadziesiąt kilometrów od mojego domu jest piękne duże jezioro z zamkiem na brzegu i niesamowitym wielkim gęstym lasem. Właśnie w tym lesie, z dala od ludzi, domów i kempingów, pochowałem swojego psa.

Miałem Corę 17 lat. Gdy ją dostałem, jeszcze nie widziała, taka była mała, mniejsza niż moja stopa. Gdyby nie ludzie, którzy ją znaleźli, gdyby nie ja, pewnie by zginęła gdzieś na dworze. Wykarmiłem ją, wstawałem po nocach, żeby dać jej butelkę. Pokochałem tego psa tak mocno, jak tylko możesz sobie to wyobrazić.

Kilka lat temu musiałem uśpić Corę, choroba, starość - zadawały jej już zbyt wielki ból. To było dla mnie ciężkie przeżycie, siedziałem przy niej, gdy przestawało bić jej serce. I wiesz co – moje wtedy też stanęło na chwilę.

Teraz mój pies leży w tym dużym lesie, tuż nad brzegiem, w miejscu, gdzie kiedyś biegaliśmy razem do utraty tchu; gdzie pewnej zimy, gdy taflę jeziora spowił lód, w blasku porannego słońca rzucałem jej kija, a ona rozpędzona biegała po niego, by potem przez kilkadziesiąt metrów, nie mogąc wyhamować, wykręcać śmieszne piruety.

To jedna z piękniejszych chwil w mojej głowie, przynajmniej tak mocno się we mnie zapisała, że pamiętam nawet tamten zapach powietrza. Taki skarb pamięci. 

Lubię tam wracać, żeby pobiegać albo sobie trochę z Corą pogadać, siadając na kamieniu, który jej przywiozłem. To bardzo piękne miejsce, takie ciche, nikogo tam nie ma, tylko mój oddech, moje serce i ja.

Pamiętam ładny czerwcowy wieczór, gdy ją chowałem. Pojechałem z dziewczyną. Kupiłem łopatę, wykopałem głęboki grób, bo to był duży pies, i poszedłem po niego do samochodu, który stał 200 m dalej na leśnym parkingu.

Właśnie w tej chwili zaczęło grzmieć, niebo przecięły błyskawice i po chwili wielkie krople letniego deszczu zmieszały się z moimi łzami. Niosłem ciało psa, bez którego nie wyobrażałem sobie życia, czułem jeszcze jego ciepło i przepełniała mnie tak wielka, tak czysta rozpacz, że przez chwilę pomyślałem sobie, że to jednak szczęście, że mogę być człowiekiem i tak intensywnie doświadczać życia.

Bo wiesz, co to znaczy wykopać przyjacielowi grób i go w nim pogrzebać?

Bardzo lubię wracać do tego miejsca. Kładę się na ziemi, zamykam oczy i przez chwilę mogę poczuć się lasem, jak mój ukochany pies, który nim już jest.  

środa, 30 września 2015

wszystko jedno, czy wolniej, czy szybciej

























Wbijasz się w gęstą noc, która ciężkim oddechem września wypełnia twoje płuca, rozmazuje cię, rozmywa. Wysokie obroty silnika giną w wibracjach muzyki.

Za Myśliwskim myślisz: ,,Jedyne miejsce człowieka jest tylko w nim. Niezależnie, czy jesteśmy tu, gdzie indziej czy gdziekolwiek. Teraz czy kiedykolwiek. Wszystko, co na zewnątrz, to jedynie złudzenia, okoliczności, przypadki, pomyłki. Człowiek jest sam dla siebie zwłaszcza tym ostatnim miejscem”.

Niepostrzeżenie wskazówka licznika osiąga kres, ale tobie jest wszystko jedno, czy wolniej, czy szybciej. Jakbyś nigdzie nie musiał dojechać. Nie możesz poczuć, że to ty, jesteś raczej domyślnością siebie, jakby poza sobą. Prędkość niesie cię, nadaje inny kształt, rozwiewa. Dłonie przesuwają się na kierownicy, zamykasz oczy, przeszywa cię dreszcz, giną myśli, powinieneś odczuwać strach, słyszeć potężne walenie swego serca, ale ono pracuje tak spokojnie, tak miarowo.

Dotykasz nieskończoności.

środa, 23 września 2015

biegnijcie!




















„Nigdy nie widać życia lepiej niż jesienią. Nigdy nie jest piękniejsze”.

Jeśli tak jak Stasiuk lubicie czasem sycić w sobie melancholię, nie ma dla Was piękniejszej pory roku.

„Zaczyna się od cieni. Robią się dłuższe. Słońce nie wznosi się już tak wysoko i wypłaszcza się łuk jego wędrówki. Kształty stają się mocniejsze. Mija skwar, znika płaskość krajobrazu właściwa letnim dniom. (...)
Dzięki niskiemu słońcu świat staje się wyrazisty, bardziej materialny. (...)”.

Skórę masz słoną od morskiego wiatru, włosy rozwiane, sukienkę mokrą od Bałtyku, za chwilę krótkim obiektywem i niskim słońcem września delikatnie narysuję Twoją twarz.

- Już! - krzyczę.

Kucam z aparatem w wodzie. Biegniecie. Magiczna chwila.

Pstryk.

I cóż mógłbym o tym napisać, żeby nie dotknąć banału? Że czasem żyję, jakbym śnił na jawie?

A może, że nigdy nie widać życia lepiej niż jesienią, że nigdy nie jest piękniejsze?

Stasiuk pisał, że wrzesień to piękny początek końca, ale nie u nas. Zanurzyliśmy się w tym czasie, jakby nigdy miał się nie skończyć, jakby wieczność była z nami.

wtorek, 15 września 2015

musicie się wciąż upijać














Na progu lata i jesieni piasek nie jest już gorący i przyjemnie pieści stopy. Łagodne fale Bałtyku w jednej chwili zmywają Twoje ślady. Wszystko wydaje ci się takie ulotne. Jakbyś był tylko domyślnością siebie.

W twoich żyłach krąży pita w nocy wódka. Upijasz się, jak kazał Baudelaire: „Trzeba być wciąż pijanym. To cały sekret; w tym tkwi wszystko. Żeby nie czuć straszliwego ciężaru Czasu, który miażdży wam barki i zgina grzbiet ku ziemi, musicie wciąż się upijać. Czym? Winem, poezją albo cnotą, wedle upodobania. Byle się upić”.

Więc jesteś na rauszu i wszystko wydaje ci się jeszcze mniej rzeczywiste.

Nie umiesz tego opisać.

Jest słoneczny wrzesień, jak dobrze pójdzie – połowa twojego życia, a ciebie wypełnia szczęście.

Szczęście to wyświechtane słowo o milionach znaczeń. Ty po prostu czujesz w sobie łagodność, wypełnia cię błogi spokój, ale i ogromna siła. Czas przepływa bezlitośnie przez palce, dni i tygodnie mkną jak sekundy, a ty płyniesz jak we śnie i tylko niekiedy musisz odganiać czarne chmury w sercu i głowie.

Mógłbyś poprosić kogoś, aby cię po prostu uszczypnął. Ale być może wtedy nabrałbyś większych podejrzeń i wszystko wydałoby ci się jeszcze bardziej nierzeczywiste.

Delikatne słońce września łagodnie dotyka twojej skóry, pod bosymi stopami czujesz muszle, piach i chłodne języki morza. Pozwalasz, aby ciepły wiatr bezwstydnie targał włosy kobiety, dla której bije twoje serce. Jej blond kosmyki plączą się w błękicie nieba, a ty nie możesz się nie śmiać.

Ukochana goldenka Duffy biegnie jak dzieciak w kierunku fal. Oczy jej pięknej czteromiesięcznej córki Hjarte pałają podnieceniem. Tyle wody i piasku. Takie szaleństwo jest po raz pierwszy jej udziałem. Stróżki słonej wody ściekają po jej kształtnej białej głowie.

Obie kręcą w piachu szaleńcze piruety.

Mała kuca naprzeciw ciebie i z podnieceniem patrzy, jak zaczynasz kopać dłońmi w piasku. Nagle, jakby dając upust rozpierającej ją radości, przekręca na bok główkę, zagląda ci w oczy, odskakuje w bok i oddala się w podskokach jak piłka.

Po chwili staje i unoszona dziką radością jak wypełniony helem balonik zaczyna nacierać na ciebie niczym byk na torreadora. I to tę właśnie chwilę utrwalasz na fotografii.

Na drugim planie Duffy i spokojny Bałtyk i już nic więcej nie mieści się w tle. To dobrze, bo tylko położyłoby się cieniem na tej jej czystej radości, przesłoniło płonące szczęściem oczy, które niczym słońce rozświetlają cały kadr.

Pobiega do ciebie i przynosi ci trochę morza.

Śmiejesz się pijany ze szczęścia.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

dziś są twoje urodziny

























Bierzesz głęboki oddech, powoli wypuszczasz powietrze, otwierasz oczy, świeci słońce, przeciągasz się błogo. Idziesz dalej. Wiatr pieści twoją twarz, jak lubisz, łagodnymi dotykami. Chce ci się śmiać, nie możesz tego powstrzymać. Ludzie patrzą. Ale ani trochę nie jest ci głupio. Starszy pan z psem uśmiecha się do ciebie i miłym głosem życzy pięknego dnia, bez żadnego powodu czy pretekstu.

I naprawdę będzie to piękny dzień. Bo dziś są twoje urodziny. Jesteś mądra, piękna i jeszcze całe życie przed tobą. Gdy wracasz ulicą, świat cię zachwyca, a ty każdego, kto cię widzi choć przez sekundę.

W twoim mieszkaniu są już wszyscy tobie bliscy, najważniejsi. Piękne prezenty czekają, aż je rozpakujesz. Nastawiasz nastrojową piosenkę. Ale nikt nie czuje się smutny, zwłaszcza ty. Dawno nie było ci tak lekko, nie masz już żadnych ran, opuścił cię twój demon. Wszyscy się szczerze śmieją, nawet ci melancholijni. Jedzenie jest wspaniałe, pijecie szampana i jecie truskawki, nad górną wargą przez chwilę robi ci się mały czerwony pieprzyk, ale zaraz go zlizujesz.

W końcu sobie idą. Słyszysz, jak schodzą po schodach, a ich śmiech i podniesione głosy dochodzą do ciebie jeszcze przez chwilę. I tylko on zostaje.

Jeśli zechcesz, będziecie się kochać, rozbierze cię, położy na plecach, uklęknie przed tobą, ściśnie mocno nadgarstki, żebyś nie mogła się wyrwać, zacznie całować wewnętrzną stronę twoich ud, potem będzie się posuwać wyżej, aż poczujesz język między pośladkami, zrobi ci się ciemno przed oczyma i nagle oślepi cię gwałtowny błysk w głowie.

Albo jeśli tak będziesz chciała, zaprowadzi cię do wanny, namydli cię całą, umyje włosy, będziesz się śmiała - szczęśliwa. A gdy tylko zechcesz, nasmaruje cię aromatycznym olejkiem, zapali świece, naga usiądziesz za nim, na skraju łóżka, obejmiesz go nogami i będziecie tak milczeć, czekając na pierwsze promienie słońca.


Tego pięknego wieczora ja tam też będę przez chwilę. Wystarczy, że otworzysz okno i zamkniesz oczy. Czujesz ten wiatr? Jeśli zechcesz - pocałuję cię, a może tylko zmierzwię ci włosy.

wtorek, 28 lipca 2015

korespondencja z bezludnej wyspy: lekcje szczęścia






















Poza romantyczną otoczką, bezludna wyspa, na której teraz pomieszkuję z trzema blondynkami (rany, jak to pięknie brzmi, jeszcze raz muszę to sobie napisać, nawet większymi literami, a co, niech mam: TRZEMA BLONDYNKAMI! Ojką, Duffy i Hjarte), ma jeszcze inną fundamentalną zaletę. Pomaga przewartościować wiele spraw.

Owszem, do cywilizacji, na stały ląd, który tak naprawdę jest również wyspą, tylko znacznie większą i zaludnioną, musimy dopływać motorówką. Żeby napisać te słowa, korzystam z MacBooka Air, a internet, żeby je zmieścić w sieci, czerpię z iphona.

Gdy niedługo będę biegał albo w ramach codziennego cardio zrobię tabatę – ze względu na skały skłaniam się ku temu drugiemu - na nogi wsunę wykonane w kosmicznej technologii buty nike, a do uszu włożę najnowszy model bezprzewodowych, wodoodpornych słuchawek dla sportowców marki Beats. Oczy chronię w tej chwili przed słońcem kultowym modelem aviatorów od Ray Bana...

I jeszcze trochę mógłbym tak powymieniać. Ale nie chodzi o tworzenie listy zbytków. Rzecz w tym, że gadżety są po to – żeby ułatwiać człowiekowi życie. Tylko po to. Tymczasem dziś dla wielu zdobywanie ich stanowi sens życia. Dodajcie do tego przebywanie godzinami w odrealnionym świecie telewizji czy internetu i macie gotowy przepis na plastikowy świat z plastikowymi nieszczęśliwymi ludźmi.

Po kilku dniach życia na bezludnej wyspie, z widokiem na morze, góry - które mam na wyciągnięcie ręki i pijąc teraz na tarasie poranną kawę, nie mogę się nimi nazachwycać; po kilku dniach w niewielkim drewnianym domku, któremu niebawem stuknie sto lat, a luksus bieżącej słodkiej wody z węża zna ledwie od chwili; po kilku wieczorach przed kominkiem, sprzed którego widać mrugające do nas światła największych wycieczkowców na świecie; po kilku nocach w wiszących na ścianach wąskich i krótkich drewnianych łóżkach, które zaświadczają o tym, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu potomkowie wikingów byli drobni i niewysocy i nie potrzebowali większych; a jeśli ty potrzebujesz, to po prostu podkurcz nogi – po tym wszystkim człowiek uświadamia sobie, że na co dzień ludzie zagłuszają głosy swoich serc.

A serca nie potrzebują gadżetów.

Kazandzakis pisał w „Greku Zorbie”:

„Do późna w noc siedzieliśmy milcząc przy ogniu. Raz jeszcze poczułem, jak prostą, codzienną rzeczą jest szczęście - szklanka wina, kasztan, jakiś piecyk, szum morza. Nic więcej. Ale by to poczuć, że to wszystko jest szczęściem, trzeba mieć proste, naiwne serce”.

Nie, nie jesteśmy idealni, daleko nam do tego stanu, nie zawsze mamy naiwne serca. Choć żyjemy w pięknym, prostym i dostatnim świecie, gdzie życie jest znacznie łatwiejsze i spokojniejsze niż w innych częściach globu, i my często odnajdujemy w swoich sercach truciznę pustych pragnień, i nas niekiedy trzeba mocno zdzielić po łbach, żebyśmy wrócili na jawę ze świata aplikacji, które miały udoskonalić życie ludzi, ale ich z niego po prostu okradają.

One nam w tym pomagają. W powrotach na jawę. W znajdowaniu równowagi. Nasze miłości. Duffy i Hjarte. Obserwowanie ich jest dla nas nauką.

Inteligencja, energia, łagodność i pogoda małej Hjarte wykrada nam z każdym dniem ostatnie resztki serca, które z czysto biologicznego punktu widzenia pochowaliśmy przezornie, ale jak widać: na darmo - w najgłębszych zakamarkach dusz, aby podtrzymywały nas przy życiu.

Duffy jest wspaniałą matką i nie możemy wyjść z podziwu, jak wszystkiego uczy małą, jakim jest dla niej wzorem i jak ona ją na każdym kroku naśladuje.

Wspaniałe jest to – i to wielka lekcja dla nas - że dla nich jest tylko tu i teraz. Wszystkiemu, co robią, oddają się całym sobą, bez pamięci. Jak bawią się, nie istnieje dla nich świat, tylko one i zabawa, w której się zatracają. Gdy proszą nas o pieszczoty, wiemy, że ich całym światem w tej danej chwili jest właśnie potrzeba dotyku naszych dłoni i usłyszenia naszych czułych słów.
Nie ma dla nich ani wczoraj, ani jutro. Jest tylko tu i teraz.

Uprawiamy – można rzec – rodzaj handlu wymiennego. My z Duffy uczymy Hjarte poruszania się w świecie ludzi, wyznaczamy granice, wpajamy zasady.

A ona z mamą nie pozostają dłużne i dają nam znacznie ważniejsza naukę. Pokazują, że pełnia szczęścia zawiera się właśnie w tej jednej chwili.

Szczęśliwy, kto to potrafi dostrzec, szczęśliwy, kto potrafi tak żyć.

Nam się od czasu do czasu udaje.

sobota, 30 maja 2015

fotografie kolekcjonera chwil






















Ojce, Duffy i Złodziejom Serc

Od dwunastu nocy pełnię wachty. Najpierw przy rodzącej Duffy, a od ponad tygodnia przy Złodziejach Serc. Nie mogę zmrużyć oka, bo potrzebują mnie, są jeszcze zbyt mali, bezbronni, a ich matka, tyle razy większa od nich, może przez przypadek zrobić im w kojcu krzywdę. Trzeba cały czas czuwać.

Czuwam nocami, bo noce są moim żywiołem. Odpływam tylko na kilka godzin w ciągu dnia. Niekiedy nie wiem już, co jest jawą, a co snem.

Wcale sobie nie goryczę. Ale właśnie zapełniam archiwum zdjęciami z obu aparatów, które pracują na okrągło - podejmując z gruntu przegraną walkę, żeby niemal jeden do jednego utrwalić wszystko, co najważniejsze - i uświadamiam sobie, że to jednak nie był sen. Że sobie tego nie zmyśliłem. Kadr po kadrze. Wszystko prawdziwe.

Tak trudno zanurzyć się bez pamięci w życiu, czas wypełniony pięknymi chwilami zbyt szybko mija. Ks. Twardowski w jednym z wierszy pisał:

tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje

Niekiedy jedynie zdjęcia zaświadczają, że to nie był sen. Nie macie tak, że dopiero na fotografiach widzicie, co było Waszym udziałem? Zamrożony w kadrze czas pozwala dokładniej przyjrzeć się zdarzeniom, docenić to, czego mogliśmy dotknąć. Zatrzymane uśmiechy. Ocalone. Bo fotografia ocala uśmiech, jak pisał w innym wierszu ksiądz poeta.

Susan Sontag w słynnym eseju wyznała: kto zbiera fotografie, ten zbiera świat. Tak, zbieram go, a przynajmniej się staram. Teraz pamiętam każdą chwilę, najmniejszy szczegół z ostatnich kilkunastu dni. Szczeniaki przyssały się do życia i każdego dnia wypełniają się nim coraz bardziej, a ty nie możesz się nie rozczulić, gdy patrzysz na to wszystko. Starasz się zapisać w głowie każdą sekundę, każdy pisk czy nieudolną jeszcze próbę szczekania. Bo wiesz, że to nie jest raz na zawsze, bo wiesz, że to tak szybko mija. I za chwilę jedyne, co zostanie, to będą wspomnienia. A ty jedyne, co możesz teraz zrobić, to zapisywać je w sobie bez końca. Bogacić się obrazami.

Na przykład taka chwila: siedzę w fotelu, komputer na kolanach, na moment przerywam pisanie tych słów i wtulam twarz w jednego ze złodziei. Wdycham ciepły zapach sierści i mleka, czuję jak łomocze mu serce. Zwalniasz migawkę lustrzanki. Pstryk. I jesteśmy poza czasem. Już nic temu nie zaprzeczy.

Wiem, że nie mogę zawierzyć pamięci, bo prędzej czy później mnie zawiedzie. Teraz wspomnienia są we mnie bardzo wyraźne, ale szybko może się okazać, że niektóre zacznę widzieć jak przez mgłę i stracę pewność co do szczegółów. Uświadamiam sobie, że w mojej głowie nie przetrwają wszystkie obrazy, które chciałbym zatrzymać, więc z zapałem kolekcjonera pięknych chwil zapisuję je na karcie aparatu, zanim zamglą się, zatrą, aż w końcu staną się nierozpoznawalne i już nic z nich nie odczytam, jakby nigdy ich nie było.

Zdjęcie, które oglądam, w nazwie pliku zatytułowałem „zapraszam już na ten świat”. To było dzień przed porodem. Leżę z Duffy na dywanie, gładzę ją dłońmi, twarz wtulam w jej ogromny jak kilka arbuzów brzuch, z drugiej strony świata od czasu do czasu ktoś w nas kopie; miękkość światła pozwala się domyśleć, że to już ostatnie chwile popołudnia; przez zamknięte oczy patrzę gdzieś w dal, ponad horyzontem, ponad linią spokojnego morza, jakbym tam próbował odczytać przeznaczenie; leżę tak i przemawiam do malców, żeby nie męczyły już mamy i przyszły na ten piękny świat. Błaznuję jak dzieciak, a Duffy zanosi się śmiechem. Niemal jak człowiek, bo ona potrafi się śmiać.

Nasłuchuję jej serca i choć wiem, że to niemożliwe – także wielu małych serc. Nasze czułości wypełniają niemal cały kadr.

Przeglądam teraz setki zdjęć z ostatnich dni. Złodzieje Serc i Duffy. Ale myślę o jednej fotografii z archiwum. To wtedy wszystko się zaczęło.

Fale rozbijają się o skały. Do lustrzanki nikona wpinam długi, jasny obiektyw, który za chwilę delikatnie Was narysuje. Przed naciśnięciem spustu migawki waham się długą chwilę, nie tylko dlatego, że Duffy jak zwykle odwraca głowę od aparatu, a Ty wstydzisz się jak pensjonarka, uciekasz mi albo podchodzisz tak blisko, że długa ogniskowa obiektywu nie pozwala na złapanie ostrości; waham się przede wszystkim w obawie, że zaraz oto okaże się, że jednak nie istniejecie, że tylko sobie Was zmyśliłem, a Twój śmiech jak dzwoneczki, który słyszę mimo silnego wiatru, to złudzenie.

Jesteście na tyle daleko, że wszystko to wydaje się możliwe. Ale uśmiecham się i gdy w końcu idziecie w moją stronę, przykładam aparat do oka, patrzę spokojnie, przystajecie, jakbyście się wahały, co zrobić, wzrok masz wstydliwe opuszczony, ale na chwilę, na ułamek sekundy, podnosisz oczy, widzę delikatny uśmiech, wiatr bawi się Twoimi włosami, które wystają spod czapki, i w tym momencie uwalniam migawkę. Przysłona 4, czas ekspozycji 0,0125 sekundy, ISO 100, ogniskowa 300 mm. Patrzę w wyświetlacz na tylnej ściance lustrzanki. Jesteście. Jednak jesteście.

Ale pierwsze zdjęcie robię nam kilka dni wcześniej zwykłym iphonem. Jest sylwestrowa noc, ciepło ubrani, z piersiówką żołądkowej, wychodzimy na taras powitać nowy rok. Spokojne wody fiordu, niemal niewyczuwalny wiatr i ostry mróz. Na niebie nie ma chmur, widać miliardy gwiazd i fajerwerki, które wybuchają całą tęczą. Duffy nie boi się wystrzałów, opiera się przednimi łapami o drewnianą barierkę i jak oczarowana patrzy raz na to widowisko barw, raz na nas. Robię Ci dwa zdjęcia, jedno z profilu, drugie en face, trzymasz piersiówkę i patrząc na nią, uśmiechasz się zmieszana.

Po chwili wtulasz się we mnie, a między nas wpycha się Duffy. Zaczyna wirować świat. Pstryk. I już na zawsze wypełniamy cały kadr.