niedziela, 18 marca 2018

chodź, schowamy się pod kocem na wycieczce ziemia



 
Dla Ciebie - w dniu Twoich urodzin

mój pokój na bezludnej wyspie ma najwyżej dwa metry długości i jest tak wąski, że gdy rozłożę ręce, bez trudu dotykam sąsiednich ścian; prócz starego łóżka, tak małego, że nie dam rady położyć się na nim na wznak i cały czas muszę się kulić jak embrion, stoi tu jeszcze stolik, który ledwie mieści wszystkie moje skarby: kindla, macbooka, iphona, scyzoryk, notatnik moleskine, ołówek, czarny zegarek z czaszką na tarczy, lustrzankę z jasnym obiektywem i srebrny wisior w kształcie kła, z grawerem: golden eden family, który podarowałaś mi za to, że pomogłem Ci spełnić marzenie - szczeniaki Duffy  

cały dom jest mały, nie ma nawet toalety i łazienki, tylko mikroskopijną kuchnię; potomkowie Wikingów, którzy postawili go tu sto lat temu, musieli być znacznie niżsi od nas; mam 185 cm i cały czas haczę głową o drewniane futryny 

niczego tu więcej nie ma - tylko ta drewniana chata, rzut kamieniem od brzegu  

wyspa też jest mała - obchodzę ją w pół godziny, na skałach rośnie dziki, gęsty las 

z tarasu widzę morze i kolejne bezludne wyspy, za nimi jest szlak największych wycieczkowców świata 

potem - trudno mi ocenić jak daleko, pewnie dziesiątki kilometrów stąd, majaczą szczyty gór   
             
okno mojego pokoju wychodzi na skały, ale teraz ich nie widzę, bo zaryglowałem okiennice; z przymkniętymi powiekami kulę się w półmroku na granicy snu i jawy, nasłuchuję sztormu, który odebrał nam prąd  

nawet gdybyśmy chcieli uciec na ląd, do cywilizacji, to nie mamy jak, bo nasza łupina, którą być może nieco na wyrost nazywamy - motorówką, od razu by poszła na dno

zresztą gdzie miałbym uciekać z mojej ciasnej celi, która otuliła mnie nieskończonością

zresztą po co myśleć o ucieczce, skoro wszystko może być celą   
huragan szarpie się z okiennicami, grzmoci w drewniane ściany, cały dom aż jęczy od tych jego ciosów, a ja czuję się bezpiecznie, przytulnie, mógłbym tu w bezruchu trwać wieki - przyciągam nogi do klatki piersiowej i leżę tak sobie skulony, jakby mnie nigdzie nie było

Twoje serce bije za ścianą w takiej samej celi jak moja, tylko że z oknem na sine z wysiłku morze; prawdopodobnie śpisz 

Hjarte ma kilka tygodni i wtula się w matkę jak w poduszkę - leżą niedaleko kominka - widzę je przez szparę w drzwiach, blask ognia szkicuje je delikatnie, jakby były snem

i gdybyś mnie zapytała, czy byłem kiedykolwiek szczęśliwy, to tak, właśnie w tamtej chwili - gdy w sercu huraganu, gdzieś na morzu, daleko poza światem, mieliśmy cały świat 

***

okno pokoju, który mieści stół, trzy krzesła i kominek, wychodzi na Morze Północne; ma dwa skrzydła podzielone szprosami na dziewięć kwadratów; nie da się go szczelnie zamknąć, tak powykrzywiała je starość

tylko okiennice mogłyby zatrzymać wiatr, ale nie zamykamy ich i on tańczy między nami - to i tak niewygórowana cena za to, co dostajemy w zamian, spektakl, od którego nie można oderwać oczu 

zapalasz świece, siadamy z kawą przy chwiejącym się stole i patrzymy na scenografię, która zmienia się co chwilę - nie mówię tylko o wietrze, chmurach i świetle

niemal na wyciągnięcie ręki, jakby w naszym prywatnym ogrodzie, który nie wymaga koszenia, bo tak naprawdę jest morzem, obrazy przesuwają się jak w kalejdoskopie

gdy nocą przepływa ci przed nosem platforma wiertnicza, masz wrażenie, że znalazłeś się na planie filmowym Gwiezdnych wojen - obcych zawiodła nawigacja i wylądowali na falach dalekiej północy, a ty dziwnym zrządzeniem losu możesz na to patrzeć    

cruisery mają tyle pięter co wieżowce, najpierw widać je ponad drzewami sąsiedniej wyspy, po chwili wytaczają się całe i zajmują widnokrąg, wyglądają jak miasta, które ktoś postanowił spławić - suną oświetlone jak wielkie parki rozrywki z niekończącym się balem - byle dalej od codzienności 

staję w ciemnościach przed tym naszym starym oknem i przez chwilę jestem tylko obserwatorem, a może i podglądaczem, bo czuję się, jakbym zaglądał do cudzego życia, wydzierał z niego łapczywie skrawki intymności; zastygam w zaludnionej myślami samotności, patrząc, jakbym cały był już tylko tym patrzeniem, jakby wszystko było w tym patrzeniu

teraz, po latach, gdy zbieram w sobie słowa, których bym wtedy nie umiał znaleźć, myślę - urzekający widok, choć też i trwożę się trochę, że może nieco zbyt kiczowaty - bezludna wyspa na morzu, mała drewniana chata na brzegu ze skał, stare, szlachetnie powyginane okno żywcem wyciągnięte z bajki, a Ty się tam krzątasz w blasku kominka i świec, nakrywasz do stołu, za chwilę zjemy pieczoną rybę, która kilka godzin temu pływała w morzu, i napijemy się polskiej wódki; ale jeszcze milczę skryty w mroku i na krótką chwilę nachodzi mnie myśl, że patrząc na to wszystko, patrzę tak naprawdę w siebie

pijany obrazami, które szumią mi teraz w głowie, idę nad brzeg, na wysokie skały, żeby mokry od morza wiatr wychłostał mi twarz i wytargał włosy - zamykam oczy, muszę się trochę zapierać, łapać równowagę jak linoskoczek, żeby nie polecieć w otchłań, siłuję się z kimś nieuchwytnym, nieprzewidywalnym, który w każdej chwili może mnie znokautować, i zaczynam się śmiać jak łobuz

nie pamiętam, czy świeci księżyc, ale wciąż widzę, jak na tych stromych i ostrych skałach rysuje mnie chłodnym światłem: morze rozbija się o nie i chłoszcze mnie biczami słonych kropli, a ja balansując na granicy sztormu, nie mogę przestać się śmiać 

gdyby nie ten potężny wiatr, który się ze mną sztubacko siłuje, być może usłyszałbym nawet w akompaniamencie do tego mojego tańca muzykę ze statku wielkiego jak miasto, który w tę piękną noc, w świetle księżyca sunie gdzieś przed siebie - może na koniec świata, tam gdzie nasze tęsknoty

***

a teraz patrz 

to scena z filmu o ostatnim numerze legendarnego magazynu Life - tego z pięknym mottem:

By ujrzeć świat, czające się ryzyko
By wyjrzeć zza ścian, zbliżyć się
By się odnaleźć i poczuć… to jest sens życia

Walter Mitty, szef działu negatywów, nie może znaleźć fotografii, która ma trafić na historyczną okładkę; przesłał ją wybitny fotoreporter - outsider, który mimo ery cyfrowej fotografii nadal pracuje na tradycyjnych filmach, nie używa telefonu komórkowego, w zasadzie nikt z nim nie rozmawiał, bo tylko od wielkiego dzwonu, z różnych zakątków świata - wysyła do redakcji telegram, a gdy trzeba się z nim skontaktować, to szukaj wiatru w polu

w końcu Walter, po wielu trudach, znajduje fotografa w Himalajach - siedzi na skałach i przez teleobiektyw lustrzanki poluje na panterę śnieżną, bardzo rzadki okaz, mówią o niej: kot duch, bo nie lubi się pokazywać

nagle się pojawia, stoi daleko na grani i patrzy prosto w obiektyw, jak cud - trwa to długą chwilę, fotograf uśmiecha się, a w oczach kręcą mu się łzy, ale nic poza tym nie robi, nawet nie kładzie palca na spuście migawki      

- Kiedy zrobisz zdjęcie?
- Czasem wcale nie robię. Gdy zdarza mi się taka wyjątkowa chwila, nie chcę jej psuć. Wolę w niej trwać. 
- Trwać?
- Tak, tu i teraz. 

kiedyś, wiele lat temu, gdy zaczynałem zakochiwać się w fotografowaniu - a dla mnie fotografia to wielka sprawa, bo przecież w fotografii nie chodzi o zwykłe zbieranie obrazków, tylko o przechytrzanie czasu, zatrzymywanie go, zapisywanie chwil na wieczność, choć wiemy, że to tylko złudzenie, bo ani my, ani nasze życie nie da się uchwycić w jakiejś stałej formie, zdjęcie może być jedynie mglistym potwierdzeniem, że się żyło, i to nigdy na wieczność - więc wtedy, na samym początku tej miłości, gdy to moje zakochanie było tak silne, że nie mogłem myśleć i mówić o niczym innym, przeczytałem, że najpiękniejszą fotografię każdy fotograf ma zawsze tylko w głowie, że ona nigdy nie powstaje 

nie rozstaję się z aparatem, ale czasem wcale nie robię zdjęć; gdy zdarza mi się wyjątkowa chwila, nie chcę jej psuć, wolę w niej trwać, tu i teraz 

pytasz wtedy, dlaczego nie zrobiłeś zdjęcia  

a ja mam w sobie tysiące takich fotografii, które nigdy nie powstały, całe wszechświaty pięknych obrazów - oglądam je częściej niż te, które zapisuję obiektywem aparatu, deponuję na dysku komputera i już do nich nigdy nie zaglądam, bo wystarczy mi złudne wrażenie, że dzięki nim mogę wrócić do każdej chwili mojego życia, które już minęło

a teraz patrz 

to zdjęcia, których nie ma, choć wciąż są we mnie obecne  

pstryk 

motorówka pruje fale, tulicie się z Duffy i kilkutygodniową Hjarte - jesteście zachwycone; wiatr bezwstydnie bawi się Twoimi włosami, płyniemy na bezludną wyspę - odpocząć po dwóch miesiącach czuwania nad szczeniakami i z dala od świata nauczyć małą trochę życia

pstryk

noc wygwieżdżona, stoimy na skałach z piersiówką, tuż na linii stromego brzegu, jest sezon na wycieczkowce, więc co chwilę zasłaniają nam widnokrąg cielskami wielkimi jak góry, mrugają do nas tysiącami świateł i zanim zdążymy im odmrugnąć, znikają gdzieś w ciemnościach, wraz ze wszystkimi naszymi tęsknotami - wtedy pozwalamy, aby wódka rozlewała się w naszych ciałach, powoli wsączała się w serca i na moment, krótki jak mgnienie oka, ale jednak, dawała nam przekonanie, że wszystko jest możliwe   

pstryk

siedzimy na tarasie z kawą i wpatrujemy się w bezkres - oddzieleni od cywilizacji morzem, pozbawieni rozkrzyczanego świata, nieswoich pragnień, dotykamy wszystkiego intensywniej, niż kiedykolwiek na lądzie, w mieście, wśród ludzi - tu nic nas nie rozprasza, nie ma ani radia, ani telewizji, zresztą czego moglibyśmy się więcej dowiedzieć o życiu, niż to, czego właśnie doświadczamy, obecni tu i teraz całymi sobą - tak bardzo w tym zanurzeni, że już na nic innego nie ma miejsca

pstryk

zejście z tarasu zastawiamy wielką skrzynią, żeby mała Hjarte nie czmychnęła gdzieś, korzystając z chwili naszej nieuwagi - ale teraz śpi u naszych stóp, wtulona w matkę - wszystko to jest tak niematerialne, a jednocześnie realne, że bałbym się nacisnąć spust migawki, żeby oto nasze marzenie nie okazało się tylko złudzeniem, nie rozmyło się w słońcu 

pstryk  
    
prysznic robimy na tarasie z węża ogrodowego - kiedy słońce świeci dłużej, jest szansa, że woda przez chwilę będzie ciepła, bo kilka litrów, tych w wężu i rurach blisko kranu, zdąży złapać wyższą temperaturę - ale, żeby tego nie skrewić, cała procedura wymaga wprawy: wstępne moczenie ciał, które może trwać ledwie sekundy i niezwłocznie trzeba zakręcić kurek, inaczej przy spłukiwaniu nie pozostaje nic, tylko zacisnąć zęby i cierpieć w milczeniu albo odwrotnie - wrzeszczeć wniebogłosy i jakoś znieść lodowate tortury; stoimy tak w ostatnich chwilach dnia, słońce kładzie się nisko gdzieś za górami, mydlimy się nawzajem i wprawnie spłukujemy się tymi kilkoma względnie ciepłymi kroplami wody, a mi jeszcze długo potem wydaje się, że czuję, jak błądzą po mnie dotknięcia Twoich rąk, które zostawiłaś, i wciąż widzę smugę Twojego ciała, w której były wszystkie kolory  

pstryk

bezludna wyspa na morzu, mała drewniana chata na brzegu ze skał, stare, szlachetnie powyginane okno żywcem wyciągnięte z bajki, a Ty się tam krzątasz w blasku kominka i świec i kryjąc się w mroku mogę na chwilę stanąć obok swojego życia, przez mgnienie oka być samym patrzeniem, bez słów, które tylko przeszkadzają w wyrażeniu tego, co najważniejsze

***

pstryk  

świt się już przeciera, mówię: chodź, schowamy się pod kocem na wycieczce ziemia

i wszyscy włazimy pod kołdrę w łóżku zbyt małym, aby nas pomieścić  

Harte jest jeszcze siuśmajtkiem i nie dałaby rady wdrapać się na taki szczyt, więc pomagam jej ułożyć się na mojej klatce piersiowej; leżysz przy ścianie, Duffy gramoli się między nas i muszę tak trwać bez ruchu, bo w konsekwencji tego tłoku w naszym łóżku spora część należącego do mnie ciała - przynajmniej takie w tej plątaninie kończyn odnoszę wrażenie, że jest moja - wisi nad przepaścią i muszę bardzo uważać, żeby nie runąć w nią z hukiem  

i gdybyś mnie zapytała, czy byłem kiedykolwiek szczęśliwy, to tak, właśnie w tamtej chwili - gdy pod kołdrą zmieściliśmy cały świat 

przymykam powieki, kadruję nas, ale nie robię zdjęcia, nie chcę psuć tej chwili, wolę w niej trwać

jest tak wcześnie, że światło rozmywa nas miękko, delikatnie, nic nie kładzie się cieniem na tym, co widzę w Twoich oczach

serce nieomal w całym pokoju słychać, jak mi wali

właśnie tu i teraz 

eden