niedziela, 18 marca 2018

chodź, schowamy się pod kocem na wycieczce ziemia























Dla Ciebie - w dniu Twoich urodzin  

mój pokój na bezludnej wyspie ma najwyżej dwa metry długości i jest tak wąski, że gdy rozłożę ręce, bez trudu dotykam sąsiednich ścian; prócz starego łóżka, tak małego, że nie dam rady położyć się na nim na wznak i cały czas muszę się kulić jak embrion, stoi tu jeszcze stolik, który ledwie mieści wszystkie moje skarby: kindla, macbooka, iphona, scyzoryk, notatnik moleskine, ołówek, czarny zegarek z czaszką na tarczy, lustrzankę z jasnym obiektywem i srebrny wisior w kształcie kła, z grawerem: golden eden family, który podarowałaś mi za to, że pomogłem Ci spełnić marzenie - szczeniaki Duffy  

cały dom jest mały, nie ma nawet toalety i łazienki, tylko mikroskopijną kuchnię; potomkowie Wikingów, którzy postawili go tu sto lat temu, musieli być znacznie niżsi od nas; mam 185 cm i cały czas haczę głową o drewniane futryny 

niczego tu więcej nie ma - tylko ta drewniana chata, rzut kamieniem od brzegu  

wyspa też jest mała - obchodzę ją w pół godziny, na skałach rośnie dziki, gęsty las 

z tarasu widzę morze i kolejne bezludne wyspy, za nimi jest szlak największych wycieczkowców świata 

potem - trudno mi ocenić jak daleko, pewnie dziesiątki kilometrów stąd, majaczą szczyty gór                         
okno mojego pokoju wychodzi na skały, ale teraz ich nie widzę, bo zaryglowałem okiennice; z przymkniętymi powiekami kulę się w półmroku na granicy snu i jawy, nasłuchuję sztormu, który odebrał nam prąd  

nawet gdybyśmy chcieli uciec na ląd, do cywilizacji, to nie mamy jak, bo nasza łupina, którą być może nieco na wyrost nazywamy - motorówką, od razu by poszła na dno

zresztą gdzie miałbym uciekać z mojej ciasnej celi, która otuliła mnie nieskończonością

zresztą po co myśleć o ucieczce, skoro wszystko może być celą   

huragan szarpie się z okiennicami, grzmoci w drewniane ściany, cały dom aż jęczy od tych jego ciosów, a ja czuję się bezpiecznie, przytulnie, mógłbym tu w bezruchu trwać wieki - przyciągam nogi do klatki piersiowej i leżę tak sobie skulony, jakby mnie nigdzie nie było

Twoje serce bije za ścianą w takiej samej celi jak moja, tylko że z oknem na sine z wysiłku morze; prawdopodobnie śpisz 

Hjarte ma kilka tygodni i wtula się w matkę jak w poduszkę - leżą niedaleko kominka - widzę je przez szparę w drzwiach, blask ognia szkicuje je delikatnie, jakby były snem      

i gdybyś mnie zapytała, czy byłem kiedykolwiek szczęśliwy, to tak, właśnie w tamtej chwili - gdy w sercu huraganu, gdzieś na morzu, daleko poza światem, mieliśmy cały świat 


             























***

okno pokoju, który mieści stół, trzy krzesła i kominek, wychodzi na Morze Północne; ma dwa skrzydła podzielone szprosami na dziewięć kwadratów; nie da się go szczelnie zamknąć, tak powykrzywiała je starość

tylko okiennice mogłyby zatrzymać wiatr, ale nie zamykamy ich i on zuchwale tańczy między nami - to i tak niewygórowana cena za to, co dostajemy w zamian, spektakl, od którego nie można oderwać oczu 

zapalasz świece, siadamy z kawą przy chwiejącym się stole i patrzymy na scenografię, która zmienia się co chwilę - nie mówię tylko o wietrze, chmurach i świetle

niemal na wyciągnięcie ręki, jakby w naszym prywatnym ogrodzie, który nie wymaga koszenia, bo tak naprawdę jest morzem, obrazy przesuwają się jak w kalejdoskopie

gdy nocą przepływa ci przed nosem platforma wiertnicza, masz wrażenie, że znalazłeś się na planie filmowym Gwiezdnych wojen - obcych zawiodła nawigacja i wylądowali na falach dalekiej północy, a ty dziwnym zrządzeniem losu możesz na to patrzeć    

cruisery mają tyle pięter co wieżowce, najpierw widać je ponad drzewami sąsiedniej wyspy, po chwili wytaczają się całe i zajmują widnokrąg, wyglądają jak miasta, które ktoś postanowił spławić - suną oświetlone jak wielkie parki rozrywki z niekończącym się balem - byle dalej od codzienności 

staję w ciemnościach przed tym naszym starym oknem i przez chwilę jestem tylko obserwatorem, a może i podglądaczem, bo czuję się, jakbym zaglądał do cudzego życia, wydzierał z niego łapczywie skrawki intymności; zastygam w zaludnionej myślami samotności, patrząc, jakbym cały był już tylko tym patrzeniem, jakby wszystko było w tym patrzeniu    

teraz, po latach, gdy zbieram w sobie słowa, których bym wtedy nie umiał znaleźć, myślę - urzekający widok, choć też i trwożę się trochę, że może nieco zbyt kiczowaty - bezludna wyspa na morzu, mała drewniana chata na brzegu ze skał, stare, szlachetnie powyginane okno żywcem wyciągnięte z bajki, a Ty się tam krzątasz w blasku kominka i świec, nakrywasz do stołu, za chwilę zjemy pieczoną rybę, która kilka godzin temu pływała w morzu, i napijemy się polskiej wódki; ale jeszcze milczę skryty w mroku i na krótką chwilę nachodzi mnie myśl, że patrząc na to wszystko, patrzę tak naprawdę w siebie

pijany obrazami, które szumią mi teraz w głowie, idę nad brzeg, na wysokie skały, żeby mokry od morza wiatr wychłostał mi twarz i wytargał włosy - zamykam oczy, muszę się trochę zapierać, łapać równowagę jak linoskoczek, żeby nie polecieć w otchłań, siłuję się z kimś nieuchwytnym, nieprzewidywalnym, który w każdej chwili może mnie znokautować, i zaczynam się śmiać jak łobuz

nie pamiętam, czy świeci księżyc, ale wciąż widzę, jak na tych stromych i ostrych skałach rysuje mnie chłodnym światłem: morze rozbija się o nie i chłoszcze mnie biczami słonych kropli, a ja balansując na granicy sztormu, nie mogę przestać się śmiać 

gdyby nie ten potężny wiatr, który się ze mną sztubacko siłuje, być może usłyszałbym nawet w akompaniamencie do tego mojego tańca muzykę ze statku wielkiego jak miasto, który w tę piękną noc, w świetle księżyca sunie gdzieś przed siebie - może na koniec świata, tam gdzie nasze tęsknoty   























***       

a teraz patrz 

to scena z filmu o ostatnim numerze legendarnego magazynu Life - tego z pięknym mottem:

By ujrzeć świat, czające się ryzyko
By wyjrzeć zza ścian, zbliżyć się
By się odnaleźć i poczuć… to jest sens życia

Walter Mitty, szef działu negatywów, nie może znaleźć fotografii, która ma trafić na historyczną okładkę; przesłał ją wybitny fotoreporter - outsider, który mimo ery cyfrowej fotografii nadal pracuje na tradycyjnych filmach, nie używa telefonu komórkowego, w zasadzie nikt z nim nie rozmawiał, bo tylko od wielkiego dzwonu, z różnych zakątków świata - wysyła do redakcji telegram, a gdy trzeba się z nim skontaktować, to szukaj wiatru w polu

w końcu Walter, po wielu trudach, znajduje fotografa w Himalajach - siedzi na skałach i przez teleobiektyw lustrzanki poluje na panterę śnieżną, bardzo rzadki okaz, mówią o niej: kot duch, bo nie lubi się pokazywać

nagle się pojawia, stoi daleko na grani i patrzy prosto w obiektyw, jak cud - trwa to długą chwilę, fotograf uśmiecha się, a w oczach kręcą mu się łzy, ale nic poza tym nie robi, nawet nie kładzie palca na spuście migawki      

- Kiedy zrobisz zdjęcie?
- Czasem wcale nie robię. Gdy zdarza mi się taka wyjątkowa chwila, nie chcę jej psuć. Wolę w niej trwać. 
- Trwać?
- Tak, tu i teraz. 

kiedyś, wiele lat temu, gdy zaczynałem zakochiwać się w fotografowaniu - a dla mnie fotografia to wielka sprawa, bo przecież w fotografii nie chodzi o zwykłe zbieranie obrazków, tylko o przechytrzanie czasu, zatrzymywanie go, zapisywanie chwil na wieczność, choć wiemy, że to tylko złudzenie, bo ani my, ani nasze życie nie da się uchwycić w jakiejś stałej formie, zdjęcie może być jedynie mglistym potwierdzeniem, że się żyło, i to nigdy na wieczność - więc wtedy, na samym początku tej miłości, gdy to moje zakochanie było tak silne, że nie mogłem myśleć i mówić o niczym innym, przeczytałem, że najpiękniejszą fotografię każdy fotograf ma zawsze tylko w głowie, że ona nigdy nie powstaje 

nie rozstaję się z aparatem, ale czasem wcale nie robię zdjęć; gdy zdarza mi się wyjątkowa chwila, nie chcę jej psuć, wolę w niej trwać, tu i teraz 

pytasz wtedy, dlaczego nie zrobiłeś zdjęcia         

a ja mam w sobie tysiące takich fotografii, które nigdy nie powstały, całe wszechświaty pięknych obrazów - oglądam je częściej niż te, które zapisuję obiektywem aparatu, deponuję na dysku komputera i już do nich nigdy nie zaglądam, bo wystarczy mi złudne wrażenie, że dzięki nim mogę wrócić do każdej chwili mojego życia, które już minęło    

a teraz patrz 

to zdjęcia, których nie ma, choć wciąż są we mnie obecne  

pstryk 

motorówka pruje fale, tulicie się z Duffy i kilkutygodniową Hjarte - jesteście zachwycone; wiatr bezwstydnie bawi się Twoimi włosami, płyniemy na bezludną wyspę - odpocząć po dwóch miesiącach czuwania nad szczeniakami i z dala od świata nauczyć małą trochę życia   

pstryk

noc wygwieżdżona, stoimy na skałach z piersiówką, tuż na linii stromego brzegu, jest sezon na wycieczkowce, więc co chwilę zasłaniają nam widnokrąg cielskami wielkimi jak góry, mrugają do nas tysiącami świateł i zanim zdążymy im odmrugnąć, znikają gdzieś w ciemnościach, wraz ze wszystkimi naszymi tęsknotami - wtedy pozwalamy, aby wódka rozlewała się w naszych ciałach, powoli wsączała się w serca i na moment, krótki jak mgnienie oka, ale jednak, dawała nam przekonanie, że wszystko jest możliwe         

pstryk

siedzimy na tarasie z kawą i wpatrujemy się w bezkres - oddzieleni od cywilizacji morzem, pozbawieni rozkrzyczanego świata, nieswoich pragnień, dotykamy wszystkiego intensywniej, niż kiedykolwiek na lądzie, w mieście, wśród ludzi - tu nic nas nie rozprasza, nie ma ani radia, ani telewizji, zresztą czego moglibyśmy się więcej dowiedzieć o życiu, niż to, czego właśnie doświadczamy, obecni tu i teraz całymi sobą - tak bardzo w tym zanurzeni, że już na nic innego nie ma miejsca

pstryk

zejście z tarasu zastawiamy wielką skrzynią, żeby mała Hjarte nie czmychnęła gdzieś, korzystając z chwili naszej nieuwagi - ale teraz śpi u naszych stóp, wtulona w matkę - wszystko to jest tak niematerialne, a jednocześnie realne, że bałbym się nacisnąć spust migawki, żeby oto nasze marzenie nie okazało się tylko złudzeniem, nie rozmyło się w słońcu 

pstryk      

prysznic robimy na tarasie z węża ogrodowego - kiedy słońce świeci dłużej, jest szansa, że woda przez chwilę będzie ciepła, bo kilka litrów, tych w wężu i rurach blisko kranu, zdąży złapać wyższą temperaturę - ale, żeby tego nie skrewić, cała procedura wymaga wprawy: wstępne moczenie ciał, które może trwać ledwie sekundy i niezwłocznie trzeba zakręcić kurek, inaczej przy spłukiwaniu nie pozostaje nic, tylko zacisnąć zęby i cierpieć w milczeniu albo odwrotnie - wrzeszczeć wniebogłosy i jakoś znieść lodowate tortury; stoimy tak w ostatnich chwilach dnia, słońce kładzie się nisko gdzieś za górami, mydlimy się nawzajem i wprawnie spłukujemy się tymi kilkoma względnie ciepłymi kroplami wody, a mi jeszcze długo potem wydaje się, że czuję, jak błądzą po mnie dotknięcia Twoich rąk, które zostawiłaś, i wciąż widzę smugę Twojego ciała, w której były wszystkie kolory  

pstryk

bezludna wyspa na morzu, mała drewniana chata na brzegu ze skał, stare, szlachetnie powyginane okno żywcem wyciągnięte z bajki, a Ty się tam krzątasz w blasku kominka i świec i kryjąc się w mroku mogę na chwilę stanąć obok swojego życia, przez mgnienie oka być samym patrzeniem, bez słów, które tylko przeszkadzają w wyrażeniu tego, co najważniejsze

***
       
pstryk 

świt się już przeciera, mówię: chodź, schowamy się pod kocem na wycieczce ziemia

i wszyscy włazimy pod kołdrę w łóżku zbyt małym, aby nas pomieścić  

Harte jest jeszcze siuśmajtkiem i nie dałaby rady wdrapać się na taki szczyt, więc pomagam jej ułożyć się na mojej klatce piersiowej; leżysz przy ścianie, Duffy gramoli się między nas i muszę tak trwać bez ruchu, bo w konsekwencji tego tłoku w naszym łóżku spora część należącego do mnie ciała - przynajmniej takie w tej plątaninie kończyn odnoszę wrażenie, że jest moja - wisi nad przepaścią i muszę bardzo uważać, żeby nie runąć w nią z hukiem  

i gdybyś mnie zapytała, czy byłem kiedykolwiek szczęśliwy, to tak, właśnie w tamtej chwili - gdy pod kołdrą zmieściliśmy cały świat 

przymykam powieki, kadruję nas, ale nie robię zdjęcia, nie chcę psuć tej chwili, wolę w niej trwać

jest tak wcześnie, że światło rozmywa nas miękko, delikatnie, nic nie kładzie się cieniem na tym, co widzę w Twoich oczach          

serce nieomal w całym pokoju słychać, jak mi wali

właśnie tu i teraz 

eden



wtorek, 13 lutego 2018

prosta historia o księżniczce i zapachu wariata





















Śnię na jawie, stojąc w oknie, o które opieram się jak o cały świat. 

„Księga niepokoju…”, Fernando Pessoa 


Ojka i Brit stoją nad nami i szlochają, przez drzwi od tarasu wpadają ostatnie promienie słońca, niedługo nad fiordem położy się mrok

żegnamy się

kucam przed Kaisą, a ona od razu napiera nosem na moją klatkę piersiową - prosto w serce, drży jak w febrze, szklą jej się oczy i zaczyna wdychać mnie zachłannie, trwa to i trwa, być może całą wieczność; obejmuję ją czule, jej serce boksuje mnie w dłonie, jakby miało nas zaraz oboje znokautować, jej cichy płacz miesza się w mojej głowie ze szlochem Ojki i Britt 

Kaisa nie widzi świata poza Brit, ale teraz Britt musi ją zapiąć na smycz i siłą wyprowadzić do samochodu

wcześniej zapłakana Britt przytula mnie, całuje i szepcze: z całego serca dziękuję 

***

zakochałem się w niej bez pamięci, od pierwszego spojrzenia, i w chwilach łaskawości dla siebie roję być może sobie, że nie bez wzajemności    

Kaisa była najbardziej dziewczęca i najdelikatniejsza ze wszystkich Złodziei Serc, jak nazwałem szczeniaki naszej Duffy, bo okradały wszystkich bez wyjątku i litości

po nocach, gdy Duffy kończyło się mleko, dokarmiałem ją smoczkiem, taka była malutka

ostatni raz widziałem Kaisę dwa lata temu, miała prawie dziewięć miesięcy i było to nasze pierwsze spotkanie od pół roku, gdy złodzieje wyfrunęli z rodzinnego gniazda do nowych domów rozsianych po całej Norwegii

było to w lutym 2015 roku w Bergen, pojechaliśmy z Ojką na drugą z trzech obowiązkowych wystaw, które musiała zaliczyć nasza ukochana złodziejka Hjarte (Niebieska), aby mogła zostać kiedyś matką kolejnego pokolenia wspaniałych szczeniaków

szczeniaków, które będą nosić w sobie geny naszej Duffy i w ten sposób uczynią ją nieśmiertelną 

na wystawę, żeby spotkać się z nami, przyjechało trzech Złodziei Serc: Zielony (Teo), Czarny (Bravo), no i właśnie Kaisa (Granatowa)

na ulicy nie poznalibyśmy ani jednego; z tych malców, na których chuchaliśmy i dmuchaliśmy, wyrosły piękne i dorodne goldeny

nie mogliśmy napatrzeć się na szczęście Duffy: śmiała się całą sobą, szczeniaki od razu wiedziały, że to ich matka; wycałowała je, a gdy łobuzowały, rozstawiała po kątach; do nowych rodzin złodziei tuliła się z wdzięcznością

kucnęliśmy z Ojką, a nasze szczeniaki podchodziły do nas i zaczynały wąchać - najpierw delikatnie, niemal sennie, po chwili z radością i podnieceniem, jakby złapały upragniony trop; gdy nie miały już wątpliwości, że to my, obdarowały nas pocałunkami, a ich ciała same zaczynały tańczyć  

trwało to ledwie sekundy, ale nas przepełniało szczęście

***

Ojka opiekowała się już dzieciakami Duffy. Na wakacjach w naszym norweskim domu bawił Bravo i kilka razy Kaisa. Ale ja zawsze byłem wtedy w Polsce i koło nosa przechodziła mi przyjemność z ponownego stróżowania złodzejom. I za każdym razem żałowałem.  

Tym razem nic nie wiem o przyjeździe Kaisy. Ojka trzyma to w tajemnicy, żeby zrobić mi niespodziankę.

Przylatujemy z Polski, zajeżdżamy z lotniska pod dom, a Kaisa już tam czeka ze swoim panem Rolfem. Z Ojką wita się wylewnie, moimi czułościami jest mocno zdziwiona.  

Bez zastanowienia kucam na chodniku, tulę ją i całuję, ona się wprawdzie nie wzbrania, może nawet nieśmiało merda ogonem, ale czuję, że nie ma bladego pojęcia, kim jestem. Może jakimś wariatem, więc lepiej nie sprzeciwiać się tym niespodziewanym przejawom czułości. 

Przez kolejne dwa dni traktuje mnie z przyjaznym dystansem. Niby wszystko jest ok, ale wyczuwam między nami niewidzialną ścianę, która nie pozwala nam się zbliżyć. Nie do końca to wszystko potrafię rozszyfrować, ale dystans między nami pewnie pogłębia dodatkowo i jej tęsknota za rodziną. Mimo że urodziła się w tym domu, że jest wśród ludzi, którzy ją kochają, to jednak należy już do innego stada i to za nim tęskni. A ten obcy facet, co to ją traktuje jak ukochaną księżniczkę i czule nazywa Kajtkiem, to na pewno wariat, bez dwóch zdań wariat. Lepiej trzymać go na dystans.   

Nie wiem, co i jak w niej uruchamiam, ale trzeciego dnia niespodziewanie coś w Kaisie pęka i niewidzialna ściana między nami rozpada się w pył, jak hartowane szkło, które wydaje się niezniszczalne, ale tylko do czasu aż jeden celny cios zmienia je w drobne kawałki.    

Klękam przed Kaisą, zaczynam ją całować i szeptać jej takie same durnoty, jakie trzy lata temu głosem niepełnosprawnego umysłowo błazna serwowałem wszystkim Złodziejom Serc, gdy przez 60 nocy czuwałem przy ich kojcu.

A potem jej gwiżdżę - cicho, jak wtedy, gdy dawałem im wszystkim znać, że już pora na jedzenie. I nagle dzieje się coś trudnego do opisania - jakby z oczu cierpiącego na amnezję spadła kurtyna z gęstej mgły. 

Być może to właśnie ten dźwięk jest kluczem do kufra z jej pierwszymi wspomnieniami, a może wszystko razem wzięte, zapach mieszkania, w którym się urodziła i spędziła pierwsze dwa miesiące życia, moje pocałunki i niegodne starego dziada błazeństwa. 

Nie mam pojęcia, co jest powodem, ale mam pewność, że wydarzyło się coś ważnego: jej dystans do mnie pryska, a ona po raz pierwszy od naszego spotkania po latach zachowuje się, jakby wiedziała, kim jestem. Po raz pierwszy od naszego rozstania, gdy była malutkim szczeniakiem, wtula się we mnie, a ja w jej ciele nie czuję tego trudnego do opisania napięcia, niemal oporu, jak wcześniej, tylko czułą uległość. 

- Mówiłam, że ona nie mogła cię zapomnieć. Potrzebowała tylko czasu, żeby to wszystko sobie poukładać w głowie: znajomy zapach, głos, czekała być może na jakiś impuls. Musiała dopasować cię do najwcześniejszych wspomnień. Przez pierwsze dwa miesiące życia Duffy i ty byliście dla niej całym światem. Tego się nie zapomina - przekonuje mnie Ojka. 

Ale komenuję to tylko: bla, bla, bla…

Gdy po tygodniu uroczy emeryci Britt z Rolfem przyjeżdżają po Kaisę, roznosi ją ze szczęścia. Najpierw traci panowanie nad ciałem, które tańczy jak zwariowane, a ona nie ma nad nim absolutnie żadnej kontroli, potem nie może się od nich odkleić: całuje ich i wtula się, jakby bała się, że bez tego zaraz ponownie znikną.

Opowiadam Britt, że przez pierwsze dni Kaisa trzyma mnie na dystans, ale potem nagle, jakimś niezrozumiałym dla mnie cudem, doznaje olśnienia i zaczyna tulić się do mnie, nie opuszcza mnie na krok i prowokuje do błazeńskich zabaw.   

Britt się temu nie dziwi. Jej córka Marianne wyczytała gdzieś, że pamięć kilkudziesięciu pierwszych dni życia zostaje w psie na zawsze. - Kaisa nie mogła ciebie zapomnieć, na początku ty i matka byliście dla niej wszystkim - mówi Britt. 

Popijamy kawę, jest miło, ale choć kurtuazyjnie potakuję, rewelacje Brit komentuję w myślach tak jak wcześniej słowa Ojki: bla, bla, bla. Może i bywam szalonym wariatem, ale nie wierzę przecież w nic, co niedotykalne. 
         
***

Powtarzam: bla bla bla, jednak gdzieś tam w głębi siebie nabieram wątpliwości, bo dobrze pamiętam wpis na blogu z 12 czerwca 2015. Gdy po trzech nieprzespanych nocach jako nocna wachta pozwoliłem sobie uciąć drzemkę, do klawiatury komputera dorwali się mali Złodzieje Serc. Kolejno przedstawili się Czytelnikom, a na koniec dodali:

„Zaprzyjaźniona z naszym Państwem znana hodowczyni goldenów i lek. weterynarii Magdalena Chmielewska pocieszyła ukochanych opiekunów, że będziemy ich pamiętać nawet, gdy się już rozstaniemy.

To znaczy jesteśmy zbyt mali, żeby jak skarby w kufrze zgromadzić w naszych głowach wspomnienia z Panią i Panem. Niestety, natura nam na to nie pozwoli. Ale każdego dnia pieczołowicie tkamy w sobie mapę z ich zapachów. I choćbyśmy mieli spotkać się dopiero na sądzie ostatecznym, zawsze ich poznamy, będziemy wiedzieć, że to oni. Zapach nie przywoła w naszych głowach żadnych obrazów. Jednak poznamy ich bez cienia wątpliwości, będziemy wiedzieć, że to ci, którzy przygotowali nas do pięknej przygody zwanej przez ludzi życiem, a przez nas po prostu: hau, hau...”

***

W końcu żegnamy się. Ale Kaisa, która przed chwilą była tak szczęśliwa z przyjazdu rodziny, teraz nie chce nas opuścić. Podchodzi do mnie i tuli się do nóg. Kucam poruszony, a ona od razu napiera nosem na moją klatkę piersiową - prosto w serce. Stoi tak przez chwilę, nieruchomo, muszę mocno balansować ciałem, żeby mnie nie przewróciła.

Nagle zaczyna mnie zachłannie wdychać, jakby brakowało jej tlenu. Słyszę świst powietrza, czuję ciepło jej wydechów i to, że cała zaczyna drżeć jak w febrze. W jej oczach perlą się łzy. Całuję ją. 

Trwa to i trwa, wydaje się, że całą wieczność. Obejmuję ją, jej drżenie przepływa przeze mnie falami obezwładniającej czułości. 

Wyłuskała mnie z zakamarków pamięci i teraz jej serce boksuje moje dłonie, jakby miało w planach nokaut; szloch Ojki i Britt miesza się w mojej głowie z cichym płaczem Kaisy 
  
w końcu Kaisa przestaje - siada i nie odrywa ode mnie zaszklonych oczu

na szarej bluzie z kapturem, dokładnie na wysokości mojego walącego jak młot serca, zostaje przypominający serce ślad jej nosa

na ustach czuję jej słone łzy - dotykalne ślady niedotykalnego
        
eden

sobota, 18 marca 2017

tak bliscy, a tak oddaleni, czyli świat jest piękny do obłędu













Ojce w dniu urodzin

1.

leżę na sofie i co tu kryć – napieprza mnie kręgosłup – bo jest wygodna najwyżej na kilka nocy, ale na całe tygodnie czuwania przy Kulawiku już najwidoczniej nie; w żadnym razie nie goryczę sobie, po prostu leżę w półśnie przy żarzącym się jeszcze kominku i zanim bosymi stopami wejdę w nowy dzień, robię remanent siebie

nie mam pojęcia, która godzina, bo opuszczone rolety skrywają nas w ciemnościach, nie otwieram oczu i nawet się nie ruszam, żeby czasami się nie zdradzić, że to już, że stoję na granicy snu i jawy; nie jest to łatwe, bo Duffy ponawia podjętą jakiś czas temu próbę nawiązania ze mną kontaktu, trąca mnie wytrwale nosem, ale jak mówię, zaparłem się i takim sposobem na pewno nie ma szans na sukces, co dociera do niej dopiero po długiej chwili, jednak nie daje za wygraną – bez zwłoki, która mogłaby mi darować jakąś iluzoryczną przewagę, bierze w pysk mały palec mojej prawej ręki i przygryza delikatnie i metodycznie, jakby szczękała z zimna

ociągam się z przygotowaniami do istnienia, bo moje ciało z niewyspania musi teraz ważyć z tonę, ale wobec takiego obrotu sprawy cały mój twardy upór topnieje w sekundę, a w zasadzie to może nie tyle topnieje, co wybucha od mojego śmiechu, którego nie mogę już powstrzymać, bo leżę tak sobie po ciemku na sofie z napieprzającym kręgosłupem, ciągle z zamkniętymi oczami, bo przecież Duffy ma się nabrać i myśleć, że jeszcze śpię, a ona tańczy mi zębami na małym palcu, co mnie rozbawia na skalę, nad którą nie jestem już w stanie zapanować, bo takiego chwytu poniżej pasa nie mogłem się z jej strony spodziewać, bo na taki chwyt to by mi nie wystarczyło nawet wyobraźni

i ze wszystkich sił muszę powstrzymywać ten rozszalały we mnie śmiech, co przez chwilę się udaje i śmieję się do środka, do siebie, ale on jest silniejszy i zanim znajduje ujście, zaczyna mną targać na tej sofie jak paralityka

otwieram oczy, już dobrze, dobrze, Kulawiku, całuję ją i tulę, zobaczmy, co przyniesie nam ten dzień

zaczyna walić mnie ogonem, jakby młóciła nim zboże, ale przyjmuję razy dzielnie i śpiewam jej głosem jeszcze niewolnym od snu

prawda jest taka, że musisz mi teraz dać buziaka
i proszę tu nie merdolić, tylko czym prędzej buziolić

takie są fakty, taka jest wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba!

2.

silnik wciąga roletę do góry i zalewa nas światło, Duffy kuśtyka na ogród, ale zatrzymuje się na skraju tarasu, chwilę stoi i chce wracać, bo zauważyła, że jak szybciej wróci z porannej toalety, to szybciej dostanie jeść; otwieram drzwi i śmieję się: proszę siku, Kulawiku!

chwilę się waha, nie przestając łobuzersko merdać ogonem, ale ręką wyciągniętą w stronę ogrodu nie pozostawiam jej wątpliwości, w którym kierunku powinna iść; w końcu kapituluje, jednak na swoich warunkach – na trawę schodzi z ostentacyjnym ociąganiem, po czym staje, odwraca się, sprawdza, czy ją obserwuję, a ja schowany za ścianą udaję, że nie, więc wraca z radością, niemal w podskokach, zatrzymuję ją przy drzwiach: kochany draniu, sikasz albo zapomnij o śniadaniu!

uwija się błyskawicznie, wraca z ogrodu i od razu ustawia się przy kuchni, najpierw do jej miski kładę trochę galarety, którą ugotowałem poprzedniego dnia, potem skubię mięso z indyczej golonki i wyrzucam kości, posypuję to suplementami na stawy, dodaję trochę zbilansowanej karmy i na koniec kładę jeszcze jedną warstwę galarety, a Duffy śledzi w napięciu każdy mój ruch

stawiam przed nią miskę, z pyska cieknie jej ślina, ale posłusznie czeka na komendę: proszę; bez niej nigdy nie zje i gdy czasem zapomnimy jej wypowiedzieć i pójdziemy do swoich spraw, Duffy zawsze w końcu przyczłapie i z niecierpliwością zapyta, czy już

na kuchennym blacie z dębu stawiam macbooka, duży kubek kawy z wanilią i mlekiem i pracuję, dopóki wystarczy mi sił

Duffy mlaska ze smakiem, a ja zza kuchennych okien patrzę na tych wszystkich bohaterów codzienności, którzy wyruszają do pracy skoro świt i wracają dopiero wieczorem, bez sił na prawdziwe życie; myślę o słowach Bukowskiego, którego na sam pomysł, że musi kimś zostać, ogarniał strach, wręcz mdłości; nie mógł znieść myśli, że zostanie prawnikiem, radnym, inżynierem czy czymś takim; że się ożeni, będzie mieć dzieci, że da się złapać w strukturę rodzinną, codziennie będzie chodził do pracy i wracał; niemożliwa sprawa

był przerażony codziennym życiem w systemie, który daje poczucie przynależności i jednocześnie zniewala, był przerażony tym wszystkim, co człowiek zmuszony jest robić, tylko po to, by mieć na jakąś strawę, kąt i odzienie; no bo z jakiej, do cholery, racji - pytał - człowiek miał być zadowolony z tego, że wyrwany ze snu przez budzik, wyskakiwał z łóżka o 6.30 rano, wmuszał w siebie jakieś jedzenie, wysrał się, wysikał, umył zęby, przyczesał włosy, naużerał się z ulicznymi korkami, po to żeby dostać się tam, gdzie przysparzać miał grubszych pieniędzy komuś innemu i gdzie w dodatku oczekiwano od niego wdzięczności za to, że mu taką szansę oferowano

studiowałem filozofię, skończyłem studia prawnicze na dobrej uczelni, pół życia ciężko pracowałem, nie bez sukcesów i satysfakcji, w dużej korporacji, która wydawała mi się początkiem i końcem świata, za czym – o zgrozo – nieraz tęsknię, żyjąc tu sobie skromnie poza systemem, wbrew głównym nurtom i przykazaniom, ale zgadzam się z Bukowskim, że to wszystko było gówno

nie jestem bohaterem codzienności, ciąży mi ona i ledwie ją dźwigam, nigdy nie chciałem żyć jak inni, nigdy nie szedłem za tłumem, nie potrafiłem odnaleźć sensu w zachowaniach stada, nigdy nie chciałem należeć do żadnego plemienia, do żadnej grupy, całą swoją energię wkładałem w to, żeby nie dać się udupić, żeby wykoleić się z normalnej codzienności, wystrzelić w kosmos z tego zwykłego życia

więc siedzę przy tym dębowym blacie, pracuję zdalnie z Ojką, Duffy pochrapuje u mych stóp, a gdy mózg zacznie mi parować, pójdziemy na pole, bo od kilku dni chodzimy na spacery; dotąd bałem się tych spacerów, nie z powodu zoperowanego kolana, które dobrze się zrasta - nie chciałem, żeby Duffy przeciążyła zdrową łapę, bo awarie więzadeł krzyżowych w kolanach u dużego psa często chodzą parami; jedną łapę wyleczysz, a druga wysiada; poza tym chory kręgosłup Duffy na pewno źle znosi to, że ona od miesiąca kuśtyka na trzech łapach

Duffy jest szczęśliwa, gdy wracamy z tego pola, śmieje się całą sobą, nie tylko merda ogonem, ale i pysk jej się śmieje, i oczy, a ja się cieszę, że gdy idziemy wolno, używa już operowanej łapy, jeszcze bardzo ostrożnie, jednak postęp jest widoczny gołym okiem

czasami chwyta nas smutek, że my z Duffy tu, w Polsce, bo w połowie marca jeszcze druga operacja łapy i potem długa rehabilitacja, a Ojka z Hjarte w Norwegii i nie będziemy widzieć się jeszcze przez wiele tygodni

myślę o słowach Thoreau, że zdrowo jest być samemu przez większość czasu, bo przebywanie w towarzystwie, nawet najlepszym, szybko staje się nużące i wyczerpujące i że jesteśmy zwykle bardziej samotni, kiedy wychodzimy między ludzi, niż kiedy zostajemy w domu

zgadzam się, ale nasza banda jest w rozłące już od stycznia i samotność, którą co do zasady kocham, niekiedy mocno uwiera

wieczorami słuchamy Sinatry, przy którym dwa lata temu Duffy urodziła Złodziei Serc, w tym i naszą ukochaną Hjarte, czasem piszemy do przyjaciółki Ewy


3.

fragmenty listów

12 lutego

Dobry wieczór, właśnie skończyliśmy wieczorną rehabkę i Duffy leży z zimnym kompresem! Naprawdę podoba Ci się nasz ostatni post? Bardzo się cieszę. Tak, biedna Duffy. Zwłaszcza że ma spondylozę – do tej pory choroba nie odzywała się, bo, jak widziałem na rezonansie, chora część kręgosłupa wygląda jak zespawana zwapnieniami, jest usztywniona i nie ma żadnych nacisków na nerwy. Chirurg powiedział o tym, że to szczęście w nieszczęściu, bo takiego dobrego spawu nigdy nie widział, miał go nawet pokazać studentom. Jak odcięło Duffy łapę, gdy nie było nas w Norwegii, spanikowaliśmy, że pewnie coś jej chrupnęło w kręgach... Na szczęście nie.

Teraz jesteśmy razem w Polsce i pewnie jeszcze długo będziemy, to znaczy ja i Duffy. Tu mamy dobre warunki, Duffy od razu wychodzi na ogród, w Norwegii mieszkamy w budynku po starej piekarni, klimatyczny, nad brzegiem morza, ale z długimi i krętymi schodami, po których musiałem ją znosić; jestem silny, jednak to było bardzo niebezpieczne.

Poza tym konieczna jest teraz rozłąka z Hjarte - na co dzień rozpiera ją energia, a Duffy potrzebuje spokoju. No i przede wszystkim tu ma lepszą opiekę lekarską, płacimy ciężkie pieniądze na ubezpieczenie zdrowotne dziewczyn – na wypadek, gdyby potrzebowały natychmiastowej pomocy medycznej w Norwegii, ale nie ufamy norweskim lekarzom, znasz przecież historię ratowania życia Hjarte. To było na początku tamtego roku, ten zaczął się w gruncie rzeczy podobnie – znowu musimy żyć na dwa kraje i dwa domy, znowu sprawy zawodowe musimy odłożyć na drugi plan, ale tak to jest w życiu. Najważniejsze, że i tym razem możemy pomóc i jeszcze pożyć tu sobie razem na tej, jak to określał ks. Twardowski, wycieczce pod kocem ziemia.

***

Duffy jest dla Ojki jedną z najważniejszych istot w życiu. Dlatego, mając takie możliwości, najbliższe miesiące zaplanowaliśmy tak, że priorytetem będzie jej zdrowie.

Pracuję trochę przy komputerze, ale, jak pisałem, sprawy zawodowe są na drugim planie, moją misją jest pomóc Duffy. Naszym światem będzie teraz nasz polski dom i ogród, bo ona nie powinna wychodzić na spacery. Przez ostatnie dwa tygodnie od powrotu z kliniki tylko dwa razy zostawiłem ją na krótko samą, bo do serca wziąłem sobie radę lekarz weterynarii i hodowczyni goldenów Magdy Chmielewskiej, że trzeba się obchodzić z Duffy jak z jajkiem, że nie może bardziej uszkodzić tej łapy, bo będzie kaplica.

***

Niestety, to, czego nam życzysz, nie spełni się. Do kwietnia Duffy całkiem sprawna jeszcze nie będzie – starsze psy mogą dochodzić do siebie po takim zabiegu, jak mówiła mi Magda Chmielewska, nawet rok, a najmniej kilka ładnych miesięcy, ale zrobimy wszystko, żeby Duffy była w dobrej kondycji na spotkanie z szaloną córką Hjarte. 30 km od nas przyjmuje zdolna młoda dziewczyna, która pomaga jednej z psich fundacji i wyciągnęła już wiele psiaków po poważnych wypadkach komunikacyjnych. Jak już Duffy zrośnie się kość, będziemy do niej jeździć na poważniejszą rehabilitację, nakierowaną m.in. na odbudowę mięśni – zanik jest duży – na tę chwilę ok 5 cm.

(...)

ps. Zapomniałbym: Hjarte miała w sobotę trzecią i ostatnią wystawę (nie jesteśmy fanami takich imprez – ale zgodnie z przepisami, musi zaliczyć trzy z wynikami doskonałymi, żeby w przyszłości mogła być mamą). I zdobyła doskonałe noty. Jest zupełnie inna niż matka – mądra, spokojna i stateczna, niekiedy trochę zblazowana Duffy, Hjarte to wulkan energii, dla niej każda chwila życia jest wspaniała, daje nam niezwykły rodzaj radości – nie można się nie śmiać, patrząc na nią, Duffy natomiast rozczula. Ale reasumując, jestem dumny z Jartosza, z tej jej wystawy, z tych doskonałych not i z tego, jak bardzo dojrzała. Te przymusowe rozstanie z mamą dobrze jej zrobi, bo dotąd były nierozłączne i nie było czasu na przecięcie pępowiny.

***

13 lutego

Dziś kolejny dzień rahabek, gotowania galaret regeneracyjnych dla Duffy itp. Czuję, że te jej wychodzenie po nocach na mróz w celu ochłody z powodu rozpalonego kominka i mnie się daje we znaki. Coś tam się dzieje złego w organizmie, więc musiałem zjeść pół tonu czosnku. No ale jesteśmy tu sami, więc i tona by nie zaszkodziła.

***

14 lutego

Dzień dobry, widziałem, że wczoraj, tzn. dziś w nocy napisałaś, ale nie miałem już siły przeczytać, gorączka mnie tak ścięła, że jak wstałem dorzucić drewna do kominka, ugięły się pode mną nogi, jakbym był pijany w sztok. Całe szczęście, już tak mam, że mój organizm bardzo szybko wszystko zwalcza: dziś nie czuję śladu po wczorajszym choróbsku.

Jeśli chodzi o myśliwych, o których pisałaś – i ja się ich strasznie boję, tzn. nie osobiście, ale gdy chodzimy z goldenkami po polach; do lasu już prawie nie zachodzimy, bo mieszkamy w bardzo łownych okolicach i często słychać wystrzały. Boję się tych polowań, choć dziewczyny są bardzo karne, potrafią bez smyczy iść przy nodze, zwłaszcza – o dziwo – wulkan energii Hjarte, bo mamuśka ma taki charakterek, że czasem stanie w środku pola i trzeba z nią negocjować, żeby poszła dalej. A ona patrzy wtedy spode łba z miną, która mówi: chyba cię powaliło.

Co do pozbywania się złych myśli itp. - też jestem zdania, że wszystko jest potrzebne, że aby być człowiekiem, nie wolno pozbawiać się emocji. Kompletnie nie rozumiem tych wszystkich guru i trenerów rozwoju osobistego, tzn. nigdy nikomu nie dałbym się podporządkować ani wmówić sobie, co mam myśleć, bo na pewno pomyślałbym odwrotnie. Być może nie zawsze mi to służy, ale nie jestem do sformatowania. Wszystko, co mam w sobie, jest mi potrzebne, żeby być sobą. (...)

U nas piękne słońce i pierwszy raz od wielu dni temperatura na plusie, szkoda, że nie możemy wybrać się na długi spacer. Dziś mieliśmy jechać na kontrolę do kliniki, ale doktor ma cały dzień operacje, więc wybieramy się jutro.

Pozdrawiamy, udanego dnia!

***

Wiem, masz rację z tą gorączką, nawet jak organizm z nią wygra, a mój zawsze radzi sobie szybko z takimi problemami, to jednak pozostaje osłabienie. Tak więc dziś dobrze, że jesteśmy tu z Duffy uziemieni.

Cały dzień myślę o tym fragmencie Twojej przedostatniej wiadomości:

„Nie lubię i nie umiem sprzątać, więc robię to rzadko, kiedy najdzie mnie ochota albo kiedy nie ma już wyjścia. Mam coraz mniej kompleksów. One niesamowicie człowieka zniewalają. Dyktują mu, jak ma wyglądać, jak mieszkać, jak żyć”.

Już dawno doszedłem do podobnych wniosków i już od dawna tak żyję. Niestety, przyznaj, że cena wolności jest wysoka, niełatwo tak żyć. Ale na pewno warto!

Wracam do garów – robię Duffy regeneracyjne galarety.

***

15 lutego

Gdy wracałem dziś autostradą z kliniki, przy asfalcie było ponad 12 stopni. Ojka raportuje, że wiosnę ma u siebie w Norwegii już od ponad dwóch tygodni, w Polsce z reguły przychodzi miesiąc później. Czyli już niebawem. Niestety, jeszcze długo nie dane nam będą spacery po naszych pięknych okolicach. Choć ja niedługo zakładam buty biegowe i wrócę do starego nałogu – będę truchtał po polach po kilkadziesiąt km tygodniowo. Nic nie oczyszcza tak ducha jak bieg, ani ciężary, które dźwigam od 23 lat, ani kolarstwo, w którym zakochałem się niedawno. Wrócę do biegania, bo czuję taką potrzebę duchową, będzie mi to przeszkadzać w innych dyscyplinach, które uprawiam, trudno będzie mi progresować m.in. przez problemy z regeneracją, ale słucham siebie i wiem, że duchowo właśnie tego potrzebuję. Katharsis po 15 kilometrach przez dziką przyrodę.

Wizyta w klinice pozytywna, na razie wszystko idzie dobrze, ale niestety, czekają nas jeszcze całe miesiące zabawy w rehabilitację. Za ok. 6 tygodni kolejna operacja.

(...)

A co do bycia wolnym od konwenansów – brudna szklanka zostawiona w zlewie na noc mnie by też nie przeszkadzała i o to mam ciągłe wojny z Ojką; lubię żyć w ładnym otoczeniu, duże znaczenie ma dla mnie jakość, którą się otaczam, nie jest dla mnie najważniejsza, ale zwracam na to uwagę, wolę mniej, ale lepiej, lubię, gdy jest czysto, ale bez przesady.

Ludzi oceniam po tym, kim są, a więc przede wszystkim, co myślą. Umiem się zachować w różnych sytuacjach, ale z poprawnością polityczną mnie nie po drodze. Klnę, bo lubię, i na ogół mówię, co myślę, bez względu na konsekwencje. Cały czas zrzucam z siebie kolejne konwenanse, co jest trudne i bolesne, bo każdy z nas został sformatowany przez otoczenie w jakiś tam, najczęściej dość trwały, sposób. Ale trzeba – co być może zabrzmi banalnie – myśleć po swojemu i żyć w zgodzie ze sobą.

Cena wolności jest wysoka, bo dobre rzeczy muszą kosztować. Ale dla mnie wolność jest, jak się już rzekło, wartością nadrzędną. Być może też dlatego od jakiegoś czasu żyję sobie skromnie na uboczu.

Pozdrawiamy!

ps. Przypomniało mnie się, że mam książkę „Magia sprzątania”, bardzo zresztą popularną na całym świecie, że sprzątanie może być czynnością filozoficzną wręcz, że w ten sposób można sobie poradzić z problemami życiowymi.

***

17 lutego

Pełna zgoda w sprawie, ogólnie ujmując, kontrolowanego bałaganiarstwa wolnych ludzi. Myślę, że byśmy się dogadali.

Książkę „Magia sprzątania” przeczytałem z ciekawością – jeśli masz ochotę i chcesz przeczytać na ekranie komputera, mogę Ci przesłać w formie ebooka, chyba że masz już kindla - ale nie była to dla mnie prawda objawiona, zresztą nic w życiu nią nie jest.

Jestem sentymentalny – do dziś trzymam np. miskę pierwszego psa i jego zabawkę – i nigdy nie przeprowadziłbym w życiu takich porządków, jakie zaleca autorka tej książki – aby pozbyć się np. pamiątek, bo rzekomo są dla nas obciążeniem. Pozostaję przy swoim kontrolowanym nieładzie artystycznym i zbieraniem bezwartościowych rzeczy, które mają wartość tylko dla mnie.

Niestety, miałaś rację co do gorączki – zmęczenie i stres ostatnich dni dają się mnie we znaki, tzn. kolejny dzień snuję się po domu osłabiony, a wczorajszy dzień przespałem. Ale myślę, że damy sobie radę z Dufy.

***

19 lutego

Być może nastał już czas, abym z sofy koło kominka przeniósł się w końcu do sypialni na piętrze, ale nie mam serca zostawiać Duffy samej. Efekt mojego miękkiego serca jest taki, że wyglądam, a co gorsze – czuję się jak zombie. Bo ona serwuje mi pobudki skoro świt, nie bacząc na to, że śpię od ledwie kilku godzin. Nie możemy jakoś zsynchronizować naszych zegarów biologicznych. No ale już powinienem się do tego przyzwyczaić, bo odkąd pamiętam, zawsze w życiu tak miałem, że mój zegar chodził inaczej.

(...)

Nie jest to pisarz z mojej bajki, nie zdołałem przebrnąć przez żadną z jego książek i bardzo mierzi mnie jego narcystyczny wizerunek, który prezentuje w mediach, ale jedną wypowiedzią dla „Wyborczej” ujął mnie kiedyś Twardoch, bo odnalazłem w niej trochę siebie.

„Z obrzydzeniem stronię od newsów. Nie chcę wiedzieć, co się dzieje na świecie, bo i tak nie dzieje się nic interesującego. Nie oglądam wiadomości, nie słucham radia, choć i tak przecież o wszystkim wiem, bo znajomi na Facebooku wklejają linki do strasznie ważnych informacji o tym, co się dzieje na świecie, ale ja mam w dupie, co się dzieje na świecie, bo najpierw chciałbym raczej zrozumieć, co się we mnie samym dzieje. Nie chcę czytać o mamie Madzi, o premierze Tusku ani prezesie Kaczyńskim. Mam do przeczytania dużo książek, ale przede wszystkim mam życie do przeżycia i nie będę go marnował na te symulakra, które się zewsząd na mnie wylewają. Nawet tzw. poważnych gazet już nie czytam. Staram się przynajmniej”.

Choć stronić od świata zupełnie się nie da. Z norweskiej wsi trafiłem do swoistego więzienia na wsi polskiej i już mnie tu nosi, pojechałbym do miasta, spotkał się z ludźmi, może trochę napił. Ale skoro to niemożliwe, jak już pisałem, do dotychczasowych treningów dołączę bieganie. Bo przymusowa bezczynność bywa nie do zniesienia.

Ok, czas na rehabkę, a potem może małe porządki w ogrodzie, skoro tak słonecznie.

Same serdeczności przesyłamy! O!

ps. Z uśmiechem czytałem o Twoim sentymencie do artefaktów wspomnień. Mam dokładnie tak samo. Choć nie jestem chomikiem, to jednak wierzę w zaklętą moc niektórych przedmiotów. Twardowski pisał: naparstka po mamusi nie oddaj nikomu... I tego się w życiu trzymam.

***

23 lutego

być może składamy się właśnie z takiej pamięci, ze starych listów i zdjęć, które zatrzymały uśmiech, z tych naparstków mamusi albo jej chińskiej porcelany, z którą nie chciała się rozstać; i być może nie potrzebuje to żadnego wytłumaczenia, nie wymaga żadnej logiki

nielogiczne jest choćby to, że od lat utrzymuję garsonierę, w której bywam tylko kilka dni w roku, ale przecież nie mógłbym jej wynająć z tymi wszystkimi moimi książkami, zdjęciami i pamiątkami, które zaświadczają lepiej niż pamięć o pięknych chwilach, które były moim udziałem, i o ludziach, których już przy mnie nie ma

choć z niego abdykowałem, to jednak wciąż jest to moje królestwo; być może czasem ciąży mi, ale czyż mógłbym się go pozbyć? i cóż bym zrobił z tymi pieniędzmi za nie? kupił lepszy samochód? i gdzie bym nim pojechał? na koniec świata? przecież koniec i początek świata mam w sobie – od czasu, gdy mieszkam w trzech różnych miejscach i tak naprawdę to już nie wiem, gdzie jest ten mój dom, świadomość tego początku i końca w sobie czuję wyraźniej niż kiedykolwiek

bardzo dobrze rozumiem więc Twoją tęsknotę za nowym domem, który zmierzasz zbudować, za królestwem, w którym będziesz rządzić niepodzielnie – od kiedy pamiętam, mam w sobie silną potrzebę integralności, choćby miałoby to być tylko moje biurko zawalone książkami, wycinkami i notatnikami od moleskine, wiecznymi piórami i naostrzonymi ołówkami; gdziekolwiek mnie jeszcze życie rzuci, zawsze będę walczyć o ten skrawek tylko dla siebie

samych serdeczności!

ps. jednak chyba jestem zbyt miękki i być może dlatego tak bardzo niedopasowany do tego życia, ale nie miałem serca wynieść się do sypialni na piętrze; nadal śpię z Duffy na dole, bo mi jej szkoda; opłacam to wszystko bólami kręgosłupa, bo sofa jest być może dobra na szybki seks, ale na miesiąc czuwania przy kuternodze to jednak najwidoczniej nie – pozytywna informacja jest jednak taka, że jak wczoraj pokazał rtg, kość Duffy zrasta się dobrze i prawdopodobnie za trzy tygodnie będzie kolejny zabieg, a to znaczy, że za miesiąc z hakiem być może nadejdzie kres tego naszego psiego sanatorium przed kominkiem

***

28 lutego

Goldenki kochamy jak swoje dzieci, więc to dla nas naturalne, że jesteśmy gotowi zrobić dla nich wszystko, co w naszej mocy. A spanie przez miesiąc na sofie, przeznaczonej co najwyżej do okazjonalnych drzemek, nie jest ponad ludzkie siły.

Najważniejsze, że Duffy nie czuje się samotna, bez swojej córki i pani, no i że z dnia na dzień widzę poprawę, zaczyna używać już łapę nawet przy chodzeniu, a nie tylko stojąc, jeszcze ją boli, jeszcze sprawia dyskomfort, ale postęp jest naprawdę zauważalny. I to cieszy najbardziej. Oby do wiosny, do kolejnego zabiegu, do wyzdrowienia i do spotkania z norweską częścią naszej ekipy. Nie to, że poganiam życie, bo wiem, że kiedyś nam go zabraknie, ale pewnych chwil czekamy z utęsknieniem.

4.

po nocach, gdy już nie chcę myśleć i nie mam siły żyć, oglądam Świat według Kiepskich, hurtowo, po kilka odcinków naraz; usypiam przy kombinacjach mendy Paździocha, mlaskaniu pociesznego głupka Boczka i powiedzonkach próżniaka Ferdka, które powtarza jak mantrę: no i gra gitara, nie bój żaby

ale wcześniej, kiedy mózg nie odmawia mi jeszcze posłuszeństwa, czytam, dużo czytam, sięgam po nowości, wracam do starych lektur, czytanych wielokrotnie, Myśliwskiego, Pesoi, Hrabala

myślę o samobójstwie – że jednak nie musi być aktem kapitulacji, ale odwagi – rzuceniem się w przepaść nieznanego

myślę o śmierci Hrabala, który pożegnał się z życiem, wypadając lub wyskakując z okna praskiego szpitala dokładnie 20 lat temu, gdy nie było już na tym świecie nikogo, kto byłby dla niego na tyle ważny, by warto było dla niego żyć

- Myślał pan kiedyś o samobójstwie?
- Jako pisarz? Zawsze – powiedział kiedyś dziennikarzowi.

mimo to za ukochanym stryjem Pepinem wciąż powtarzał: ten świat jest piękny do obłędu, nie, żeby taki był, ale ja go takim widzę

siedzę przy dębowym blacie, Duffy leży u mych stóp, i piszę to wszystko, a Ojka wysyła do mnie z Norwegii sms: włącz czwórkę, mówią o Hrabalu, więc włączam, a tam akurat o książce Aleksandra Kaczorowskiego „Hrabal. Słodka apokalipsa”, która leży koło mojego macbooka otwarta na słowach

„Za każdym razem, gdy sięgniemy po jego książki, Vladimírek będzie wieszał się na klamce, poeta Bondy zatupie ze złości nogami w maleńkich bucikach, stryj Pepin zdradzi nam kolejny sekret dzieła pana Batisty o życiu płciowym. Ale Hrabal nie zdradzi nam sekretu swojej śmierci”.

nie wiem, czemu to wszystko piszę, być może nie ma to żadnej wartości, być może jest tak, jak powtarzał Hrabal, że jak musisz pisać, to nic cię nie powstrzyma, a może, jak Pesoa, jeżeli piszę o tym, co czuję, to dlatego, że w ten sposób przeciwdziałam gorączce odczuwania, a to, co wyznaję, nie ma znaczenia, bo nic nie ma znaczenia

nie mam pojęcia

przed chwilą tarzałem się z Duffy po podłodze, stała nade mną z pluszową świnią z Ikei i zmuszała mnie, żebym się z nią siłował, a ten biedny różowy prosiak robił nam za sznur; teraz już siedzę przed laptopem, dopijam kawę i zastanawiam się, kto ma na sobie więcej sierści – ja czy ona

i tego, podobnie jak powodów tej mojej pisaniny, też nie potrafię rozstrzygnąć

czasami ulegam iluzji, że jestem taki oczytany, tak dobrze wykształcony, taki obyty i pełen erudycji, że aż nabieram do siebie obrzydzenia, bo przecież to ohydne złudzenie, któremu mogą ulec tylko umysły próżne i płytkie; w rzeczywistości często, kiedy jestem sam na sam ze sobą i mógłbym oszukiwać co najwyżej siebie, a to przecież mężczyźnie nie uchodzi, czuję się pusty, zapadnięty w sobie, z milionami zwątpień

dlatego jeszcze raz powtarzam, że nie mam pojęcia, dlaczego to piszę, bo w rzeczywistości nie mam nic do powiedzenia, nie tylko dzisiaj, ale w ogóle, nie mam do powiedzenia nic o niczym, jak kiedyś wyznał Bukowski, czym mnie ujął, bo choć mógłbym być może mówić elokwentnie na każdy temat, podpierając swoje tezy różnymi, czasem nawet haniebnymi, ale trudnymi do obalenia argumentami, to jednak zawsze straszyłbym pustką pełną erudycji – przynajmniej tak o sobie myślę, przynajmniej z tego powodu nie wyrywam się zbytnio do dialogu, bo jednak mimo wielkiej radości życia, którą odnajduję w sobie, często przy okazji małych spraw, uważam, że to życie nie ma jednak sensu albo ma go bardzo rzadko i bardzo mało

niekiedy w tej naszej samotni ciągnie mnie do ludzi, na szczęście te pragnienie szybko gaśnie samo; to naprawdę szczęście, bo tak już mam, że gdy z kimś rozmawiam, często patrzę na nas z boku, jakbym oglądał film, co jest kaprysem umysłu, silniejszym ode mnie, nad którym nie mogę zapanować, i kiedy podczas tej rozmowy paraliżuje mnie jej sztuczność, jak wiele razy w życiu, bo przecież zwykle działamy jak katarynki, bez refleksji, co już dawno strąciło mnie na margines bycia na boku, poza głównym nurtem, więc kiedy to wszystko zaczyna mnie żenować, ta sytuacja, którą oglądam jak film, choć stoję przecież pośrodku, mam ochotę tylko skląć go strasznie, tego kogoś, kto tak mnie nuży i wprowadza w zakłopotanie

nie to, że jestem zupełnie nietowarzyski i że nie zdarza mnie się postrzępić języka po próżnicy, zwłaszcza przy alkoholu, ale mimo wielu niedogodności są momenty, że ta nasza samotnia, te nasze psie sanatorium, dobrze służy i mnie, bo, jak jeden z bohaterów Myśliwskiego, myślę, że nasze codzienne rozmowy – w życiu, które bez refleksji wiedziemy - to często tylko pozory, oczywiście nie mam nic przeciwko nim, bo pozory to czasami tlen życia, ale nie zawsze go wystarcza i wtedy człowiek się dusi

no więc i ja czasami biorę udział w tej grze pozorów, stoję, patrzę na nas jak na film, uśmiecham się i milczę, bo przecież nie mam do powiedzenia nic o niczym, więc czemu miałbym komukolwiek mówić coś takiego, żeby przestał pierdolić bez sensu

nie mam pojęcia

5.

wichura postrącała gałęzie z drzew, chodzę w kaloszach po ziemi grząskiej od roztopów i zbieram do wiadra chrust na rozpałkę w kominku, myślę o tym, jak to jest zrezygnować z życia, to znaczy samemu wybrać moment tego, co nieuchronne, jak to jest kupić sznur i zrobić z niego pętlę albo wyskoczyć z okna, jak Hrabal, bo wierzę, że właśnie tak zrobił, gdy nie miał już dla kogo żyć, zakończył życie, zanim niedołężność i samotność odebrała mu resztki godności, zanim zabrała mu samego siebie; myślę o pustce, która dźwięczy we mnie teraz jak echo, i o tym, że nie mam nic do powiedzenia, nic o niczym, a jeśli nawet przez przypadek mam, to i tak jest to bez znaczenia, więc przezornie milczę i, jak już mówiłem, są momenty, że ta nasza wymuszona samotność w naszym polskim domu między polami, jeziorami i lasami jest mi na rękę; choćbym nawet chciał, nie mógłbym tu być nikim innym, tylko sobą, a być sobą to wcale nie ucieczka, ale najtrudniejsza rzecz w życiu

Duffy człapie za mną jak cień, wciąż oszczędzając operowaną łapę, ale w końcu, być może znużona moją monotonną pracą, siada przed tarasem, który na skraju lasu zbudowałem latem z modrzewia, zastyga, jakby była tylko ogrodową ozdobą, idealnie wykonaną, sprawiającą wrażenie żywej, ale jednak z gipsu; wiatr bawi się jej uszami, majtają w rytm podmuchów, jakby zaraz miała odlecieć, wygląda jak ten pies z Niekończącej się opowieści, piękny kudłaty olbrzym

















przestaję zbierać chrust i grabić niedobitki liści, kucam przed nią, gładzę delikatnie po głowie, a ona ani drgnie, patrzę w jej smutne, mądre oczy, widzę w nich głębię, do której nie mam dostępu, i mówię, oddałbym królestwo, żeby dowiedzieć się, o czym teraz myślisz, Kulawiku

całuję ją w lewe oko, a ona wciąż siedzi nieruchomo jak posąg, i nagle, do końca nie mam pojęcia dlaczego, przez chwilę krótką jak mgnienie oka, robi mnie się tak przeraźliwe smutno, tak bardzo, że czuję, jakby wezbrał się we mnie cały sztorm płaczu, który zaraz uderzy mnie od środka i będzie się tam kotłował, nie wylewając na zewnątrz choćby łzy, i wszystko to dlatego, że nigdy się nie dowiem

Duffy siedzi tu przede mną, tulę ją czule, czuję jej zapach i bicie serca, wiatr robi z niej pięknego potwora z Niekończącej się opowieści, który być może zaraz gdzieś odleci, a ja nigdy się nie dowiem

tak bliscy, a tak oddaleni, myślę

i czuję się taki pusty, jakbym już nic nie miał nigdy powiedzieć, bo niby o czym

wtedy Duffy zaczyna się uśmiechać, najpierw iskrzą się jej tylko oczy, ale zaraz potem podkowa uśmiechu pojawia się na pysku

nadal siedzi nieruchomo, i nie mam pewności, czy nie dławi tego swojego śmiechu jak ja, gdy o nieludzkiej porze rano udaję przed nią na sofie, że jeszcze śpię, a ona podgryza mnie w mały palec dłoni tak, że w końcu muszę się poddać

tego też się nigdy nie dowiem, czy mnie nie nabiera, ale w tym jej uśmiechu przestaje mnie to już martwić, robię nam tylko w myślach zdjęcie

siedzimy tak sobie na starych liściach – Kulawik i ja, na drugim planie kawałek drewnianego płotu, który w zeszłym roku postawiłem z bratem i pobieliłem

już nic więcej nie mieści się w tle, niczego więcej w kadrze nie zapisuję

to dobrze, bo być może tylko położyłoby się cieniem na tym naszym milczeniu i nagłej radości Duffy, przesłoniło jej oczy, które niespodziewanie zapłonęły czystym szczęściem i niczym słońce rozświetlają w kadrze ten nasz piękny do obłędu świat

eden