sobota, 18 marca 2017

tak bliscy, a tak oddaleni, czyli świat jest piękny do obłędu













Ojce w dniu urodzin

1.

leżę na sofie i co tu kryć – napieprza mnie kręgosłup – bo jest wygodna najwyżej na kilka nocy, ale na całe tygodnie czuwania przy Kulawiku już najwidoczniej nie; w żadnym razie nie goryczę sobie, po prostu leżę w półśnie przy żarzącym się jeszcze kominku i zanim bosymi stopami wejdę w nowy dzień, robię remanent siebie

nie mam pojęcia, która godzina, bo opuszczone rolety skrywają nas w ciemnościach, nie otwieram oczu i nawet się nie ruszam, żeby czasami się nie zdradzić, że to już, że stoję na granicy snu i jawy; nie jest to łatwe, bo Duffy ponawia podjętą jakiś czas temu próbę nawiązania ze mną kontaktu, trąca mnie wytrwale nosem, ale jak mówię, zaparłem się i takim sposobem na pewno nie ma szans na sukces, co dociera do niej dopiero po długiej chwili, jednak nie daje za wygraną – bez zwłoki, która mogłaby mi darować jakąś iluzoryczną przewagę, bierze w pysk mały palec mojej prawej ręki i przygryza delikatnie i metodycznie, jakby szczękała z zimna

ociągam się z przygotowaniami do istnienia, bo moje ciało z niewyspania musi teraz ważyć z tonę, ale wobec takiego obrotu sprawy cały mój twardy upór topnieje w sekundę, a w zasadzie to może nie tyle topnieje, co wybucha od mojego śmiechu, którego nie mogę już powstrzymać, bo leżę tak sobie po ciemku na sofie z napieprzającym kręgosłupem, ciągle z zamkniętymi oczami, bo przecież Duffy ma się nabrać i myśleć, że jeszcze śpię, a ona tańczy mi zębami na małym palcu, co mnie rozbawia na skalę, nad którą nie jestem już w stanie zapanować, bo takiego chwytu poniżej pasa nie mogłem się z jej strony spodziewać, bo na taki chwyt to by mi nie wystarczyło nawet wyobraźni

i ze wszystkich sił muszę powstrzymywać ten rozszalały we mnie śmiech, co przez chwilę się udaje i śmieję się do środka, do siebie, ale on jest silniejszy i zanim znajduje ujście, zaczyna mną targać na tej sofie jak paralityka

otwieram oczy, już dobrze, dobrze, Kulawiku, całuję ją i tulę, zobaczmy, co przyniesie nam ten dzień

zaczyna walić mnie ogonem, jakby młóciła nim zboże, ale przyjmuję razy dzielnie i śpiewam jej głosem jeszcze niewolnym od snu

prawda jest taka, że musisz mi teraz dać buziaka
i proszę tu nie merdolić, tylko czym prędzej buziolić

takie są fakty, taka jest wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba!

2.

silnik wciąga roletę do góry i zalewa nas światło, Duffy kuśtyka na ogród, ale zatrzymuje się na skraju tarasu, chwilę stoi i chce wracać, bo zauważyła, że jak szybciej wróci z porannej toalety, to szybciej dostanie jeść; otwieram drzwi i śmieję się: proszę siku, Kulawiku!

chwilę się waha, nie przestając łobuzersko merdać ogonem, ale ręką wyciągniętą w stronę ogrodu nie pozostawiam jej wątpliwości, w którym kierunku powinna iść; w końcu kapituluje, jednak na swoich warunkach – na trawę schodzi z ostentacyjnym ociąganiem, po czym staje, odwraca się, sprawdza, czy ją obserwuję, a ja schowany za ścianą udaję, że nie, więc wraca z radością, niemal w podskokach, zatrzymuję ją przy drzwiach: kochany draniu, sikasz albo zapomnij o śniadaniu!

uwija się błyskawicznie, wraca z ogrodu i od razu ustawia się przy kuchni, najpierw do jej miski kładę trochę galarety, którą ugotowałem poprzedniego dnia, potem skubię mięso z indyczej golonki i wyrzucam kości, posypuję to suplementami na stawy, dodaję trochę zbilansowanej karmy i na koniec kładę jeszcze jedną warstwę galarety, a Duffy śledzi w napięciu każdy mój ruch

stawiam przed nią miskę, z pyska cieknie jej ślina, ale posłusznie czeka na komendę: proszę; bez niej nigdy nie zje i gdy czasem zapomnimy jej wypowiedzieć i pójdziemy do swoich spraw, Duffy zawsze w końcu przyczłapie i z niecierpliwością zapyta, czy już

na kuchennym blacie z dębu stawiam macbooka, duży kubek kawy z wanilią i mlekiem i pracuję, dopóki wystarczy mi sił

Duffy mlaska ze smakiem, a ja zza kuchennych okien patrzę na tych wszystkich bohaterów codzienności, którzy wyruszają do pracy skoro świt i wracają dopiero wieczorem, bez sił na prawdziwe życie; myślę o słowach Bukowskiego, którego na sam pomysł, że musi kimś zostać, ogarniał strach, wręcz mdłości; nie mógł znieść myśli, że zostanie prawnikiem, radnym, inżynierem czy czymś takim; że się ożeni, będzie mieć dzieci, że da się złapać w strukturę rodzinną, codziennie będzie chodził do pracy i wracał; niemożliwa sprawa

był przerażony codziennym życiem w systemie, który daje poczucie przynależności i jednocześnie zniewala, był przerażony tym wszystkim, co człowiek zmuszony jest robić, tylko po to, by mieć na jakąś strawę, kąt i odzienie; no bo z jakiej, do cholery, racji - pytał - człowiek miał być zadowolony z tego, że wyrwany ze snu przez budzik, wyskakiwał z łóżka o 6.30 rano, wmuszał w siebie jakieś jedzenie, wysrał się, wysikał, umył zęby, przyczesał włosy, naużerał się z ulicznymi korkami, po to żeby dostać się tam, gdzie przysparzać miał grubszych pieniędzy komuś innemu i gdzie w dodatku oczekiwano od niego wdzięczności za to, że mu taką szansę oferowano

studiowałem filozofię, skończyłem studia prawnicze na dobrej uczelni, pół życia ciężko pracowałem, nie bez sukcesów i satysfakcji, w dużej korporacji, która wydawała mi się początkiem i końcem świata, za czym – o zgrozo – nieraz tęsknię, żyjąc tu sobie skromnie poza systemem, wbrew głównym nurtom i przykazaniom, ale zgadzam się z Bukowskim, że to wszystko było gówno

nie jestem bohaterem codzienności, ciąży mi ona i ledwie ją dźwigam, nigdy nie chciałem żyć jak inni, nigdy nie szedłem za tłumem, nie potrafiłem odnaleźć sensu w zachowaniach stada, nigdy nie chciałem należeć do żadnego plemienia, do żadnej grupy, całą swoją energię wkładałem w to, żeby nie dać się udupić, żeby wykoleić się z normalnej codzienności, wystrzelić w kosmos z tego zwykłego życia

więc siedzę przy tym dębowym blacie, pracuję zdalnie z Ojką, Duffy pochrapuje u mych stóp, a gdy mózg zacznie mi parować, pójdziemy na pole, bo od kilku dni chodzimy na spacery; dotąd bałem się tych spacerów, nie z powodu zoperowanego kolana, które dobrze się zrasta - nie chciałem, żeby Duffy przeciążyła zdrową łapę, bo awarie więzadeł krzyżowych w kolanach u dużego psa często chodzą parami; jedną łapę wyleczysz, a druga wysiada; poza tym chory kręgosłup Duffy na pewno źle znosi to, że ona od miesiąca kuśtyka na trzech łapach

Duffy jest szczęśliwa, gdy wracamy z tego pola, śmieje się całą sobą, nie tylko merda ogonem, ale i pysk jej się śmieje, i oczy, a ja się cieszę, że gdy idziemy wolno, używa już operowanej łapy, jeszcze bardzo ostrożnie, jednak postęp jest widoczny gołym okiem

czasami chwyta nas smutek, że my z Duffy tu, w Polsce, bo w połowie marca jeszcze druga operacja łapy i potem długa rehabilitacja, a Ojka z Hjarte w Norwegii i nie będziemy widzieć się jeszcze przez wiele tygodni

myślę o słowach Thoreau, że zdrowo jest być samemu przez większość czasu, bo przebywanie w towarzystwie, nawet najlepszym, szybko staje się nużące i wyczerpujące i że jesteśmy zwykle bardziej samotni, kiedy wychodzimy między ludzi, niż kiedy zostajemy w domu

zgadzam się, ale nasza banda jest w rozłące już od stycznia i samotność, którą co do zasady kocham, niekiedy mocno uwiera

wieczorami słuchamy Sinatry, przy którym dwa lata temu Duffy urodziła Złodziei Serc, w tym i naszą ukochaną Hjarte, czasem piszemy do przyjaciółki Ewy


3.

fragmenty listów

12 lutego

Dobry wieczór, właśnie skończyliśmy wieczorną rehabkę i Duffy leży z zimnym kompresem! Naprawdę podoba Ci się nasz ostatni post? Bardzo się cieszę. Tak, biedna Duffy. Zwłaszcza że ma spondylozę – do tej pory choroba nie odzywała się, bo, jak widziałem na rezonansie, chora część kręgosłupa wygląda jak zespawana zwapnieniami, jest usztywniona i nie ma żadnych nacisków na nerwy. Chirurg powiedział o tym, że to szczęście w nieszczęściu, bo takiego dobrego spawu nigdy nie widział, miał go nawet pokazać studentom. Jak odcięło Duffy łapę, gdy nie było nas w Norwegii, spanikowaliśmy, że pewnie coś jej chrupnęło w kręgach... Na szczęście nie.

Teraz jesteśmy razem w Polsce i pewnie jeszcze długo będziemy, to znaczy ja i Duffy. Tu mamy dobre warunki, Duffy od razu wychodzi na ogród, w Norwegii mieszkamy w budynku po starej piekarni, klimatyczny, nad brzegiem morza, ale z długimi i krętymi schodami, po których musiałem ją znosić; jestem silny, jednak to było bardzo niebezpieczne.

Poza tym konieczna jest teraz rozłąka z Hjarte - na co dzień rozpiera ją energia, a Duffy potrzebuje spokoju. No i przede wszystkim tu ma lepszą opiekę lekarską, płacimy ciężkie pieniądze na ubezpieczenie zdrowotne dziewczyn – na wypadek, gdyby potrzebowały natychmiastowej pomocy medycznej w Norwegii, ale nie ufamy norweskim lekarzom, znasz przecież historię ratowania życia Hjarte. To było na początku tamtego roku, ten zaczął się w gruncie rzeczy podobnie – znowu musimy żyć na dwa kraje i dwa domy, znowu sprawy zawodowe musimy odłożyć na drugi plan, ale tak to jest w życiu. Najważniejsze, że i tym razem możemy pomóc i jeszcze pożyć tu sobie razem na tej, jak to określał ks. Twardowski, wycieczce pod kocem ziemia.

***

Duffy jest dla Ojki jedną z najważniejszych istot w życiu. Dlatego, mając takie możliwości, najbliższe miesiące zaplanowaliśmy tak, że priorytetem będzie jej zdrowie.

Pracuję trochę przy komputerze, ale, jak pisałem, sprawy zawodowe są na drugim planie, moją misją jest pomóc Duffy. Naszym światem będzie teraz nasz polski dom i ogród, bo ona nie powinna wychodzić na spacery. Przez ostatnie dwa tygodnie od powrotu z kliniki tylko dwa razy zostawiłem ją na krótko samą, bo do serca wziąłem sobie radę lekarz weterynarii i hodowczyni goldenów Magdy Chmielewskiej, że trzeba się obchodzić z Duffy jak z jajkiem, że nie może bardziej uszkodzić tej łapy, bo będzie kaplica.

***

Niestety, to, czego nam życzysz, nie spełni się. Do kwietnia Duffy całkiem sprawna jeszcze nie będzie – starsze psy mogą dochodzić do siebie po takim zabiegu, jak mówiła mi Magda Chmielewska, nawet rok, a najmniej kilka ładnych miesięcy, ale zrobimy wszystko, żeby Duffy była w dobrej kondycji na spotkanie z szaloną córką Hjarte. 30 km od nas przyjmuje zdolna młoda dziewczyna, która pomaga jednej z psich fundacji i wyciągnęła już wiele psiaków po poważnych wypadkach komunikacyjnych. Jak już Duffy zrośnie się kość, będziemy do niej jeździć na poważniejszą rehabilitację, nakierowaną m.in. na odbudowę mięśni – zanik jest duży – na tę chwilę ok 5 cm.

(...)

ps. Zapomniałbym: Hjarte miała w sobotę trzecią i ostatnią wystawę (nie jesteśmy fanami takich imprez – ale zgodnie z przepisami, musi zaliczyć trzy z wynikami doskonałymi, żeby w przyszłości mogła być mamą). I zdobyła doskonałe noty. Jest zupełnie inna niż matka – mądra, spokojna i stateczna, niekiedy trochę zblazowana Duffy, Hjarte to wulkan energii, dla niej każda chwila życia jest wspaniała, daje nam niezwykły rodzaj radości – nie można się nie śmiać, patrząc na nią, Duffy natomiast rozczula. Ale reasumując, jestem dumny z Jartosza, z tej jej wystawy, z tych doskonałych not i z tego, jak bardzo dojrzała. Te przymusowe rozstanie z mamą dobrze jej zrobi, bo dotąd były nierozłączne i nie było czasu na przecięcie pępowiny.

***

13 lutego

Dziś kolejny dzień rahabek, gotowania galaret regeneracyjnych dla Duffy itp. Czuję, że te jej wychodzenie po nocach na mróz w celu ochłody z powodu rozpalonego kominka i mnie się daje we znaki. Coś tam się dzieje złego w organizmie, więc musiałem zjeść pół tonu czosnku. No ale jesteśmy tu sami, więc i tona by nie zaszkodziła.

***

14 lutego

Dzień dobry, widziałem, że wczoraj, tzn. dziś w nocy napisałaś, ale nie miałem już siły przeczytać, gorączka mnie tak ścięła, że jak wstałem dorzucić drewna do kominka, ugięły się pode mną nogi, jakbym był pijany w sztok. Całe szczęście, już tak mam, że mój organizm bardzo szybko wszystko zwalcza: dziś nie czuję śladu po wczorajszym choróbsku.

Jeśli chodzi o myśliwych, o których pisałaś – i ja się ich strasznie boję, tzn. nie osobiście, ale gdy chodzimy z goldenkami po polach; do lasu już prawie nie zachodzimy, bo mieszkamy w bardzo łownych okolicach i często słychać wystrzały. Boję się tych polowań, choć dziewczyny są bardzo karne, potrafią bez smyczy iść przy nodze, zwłaszcza – o dziwo – wulkan energii Hjarte, bo mamuśka ma taki charakterek, że czasem stanie w środku pola i trzeba z nią negocjować, żeby poszła dalej. A ona patrzy wtedy spode łba z miną, która mówi: chyba cię powaliło.

Co do pozbywania się złych myśli itp. - też jestem zdania, że wszystko jest potrzebne, że aby być człowiekiem, nie wolno pozbawiać się emocji. Kompletnie nie rozumiem tych wszystkich guru i trenerów rozwoju osobistego, tzn. nigdy nikomu nie dałbym się podporządkować ani wmówić sobie, co mam myśleć, bo na pewno pomyślałbym odwrotnie. Być może nie zawsze mi to służy, ale nie jestem do sformatowania. Wszystko, co mam w sobie, jest mi potrzebne, żeby być sobą. (...)

U nas piękne słońce i pierwszy raz od wielu dni temperatura na plusie, szkoda, że nie możemy wybrać się na długi spacer. Dziś mieliśmy jechać na kontrolę do kliniki, ale doktor ma cały dzień operacje, więc wybieramy się jutro.

Pozdrawiamy, udanego dnia!

***

Wiem, masz rację z tą gorączką, nawet jak organizm z nią wygra, a mój zawsze radzi sobie szybko z takimi problemami, to jednak pozostaje osłabienie. Tak więc dziś dobrze, że jesteśmy tu z Duffy uziemieni.

Cały dzień myślę o tym fragmencie Twojej przedostatniej wiadomości:

„Nie lubię i nie umiem sprzątać, więc robię to rzadko, kiedy najdzie mnie ochota albo kiedy nie ma już wyjścia. Mam coraz mniej kompleksów. One niesamowicie człowieka zniewalają. Dyktują mu, jak ma wyglądać, jak mieszkać, jak żyć”.

Już dawno doszedłem do podobnych wniosków i już od dawna tak żyję. Niestety, przyznaj, że cena wolności jest wysoka, niełatwo tak żyć. Ale na pewno warto!

Wracam do garów – robię Duffy regeneracyjne galarety.

***

15 lutego

Gdy wracałem dziś autostradą z kliniki, przy asfalcie było ponad 12 stopni. Ojka raportuje, że wiosnę ma u siebie w Norwegii już od ponad dwóch tygodni, w Polsce z reguły przychodzi miesiąc później. Czyli już niebawem. Niestety, jeszcze długo nie dane nam będą spacery po naszych pięknych okolicach. Choć ja niedługo zakładam buty biegowe i wrócę do starego nałogu – będę truchtał po polach po kilkadziesiąt km tygodniowo. Nic nie oczyszcza tak ducha jak bieg, ani ciężary, które dźwigam od 23 lat, ani kolarstwo, w którym zakochałem się niedawno. Wrócę do biegania, bo czuję taką potrzebę duchową, będzie mi to przeszkadzać w innych dyscyplinach, które uprawiam, trudno będzie mi progresować m.in. przez problemy z regeneracją, ale słucham siebie i wiem, że duchowo właśnie tego potrzebuję. Katharsis po 15 kilometrach przez dziką przyrodę.

Wizyta w klinice pozytywna, na razie wszystko idzie dobrze, ale niestety, czekają nas jeszcze całe miesiące zabawy w rehabilitację. Za ok. 6 tygodni kolejna operacja.

(...)

A co do bycia wolnym od konwenansów – brudna szklanka zostawiona w zlewie na noc mnie by też nie przeszkadzała i o to mam ciągłe wojny z Ojką; lubię żyć w ładnym otoczeniu, duże znaczenie ma dla mnie jakość, którą się otaczam, nie jest dla mnie najważniejsza, ale zwracam na to uwagę, wolę mniej, ale lepiej, lubię, gdy jest czysto, ale bez przesady.

Ludzi oceniam po tym, kim są, a więc przede wszystkim, co myślą. Umiem się zachować w różnych sytuacjach, ale z poprawnością polityczną mnie nie po drodze. Klnę, bo lubię, i na ogół mówię, co myślę, bez względu na konsekwencje. Cały czas zrzucam z siebie kolejne konwenanse, co jest trudne i bolesne, bo każdy z nas został sformatowany przez otoczenie w jakiś tam, najczęściej dość trwały, sposób. Ale trzeba – co być może zabrzmi banalnie – myśleć po swojemu i żyć w zgodzie ze sobą.

Cena wolności jest wysoka, bo dobre rzeczy muszą kosztować. Ale dla mnie wolność jest, jak się już rzekło, wartością nadrzędną. Być może też dlatego od jakiegoś czasu żyję sobie skromnie na uboczu.

Pozdrawiamy!

ps. Przypomniało mnie się, że mam książkę „Magia sprzątania”, bardzo zresztą popularną na całym świecie, że sprzątanie może być czynnością filozoficzną wręcz, że w ten sposób można sobie poradzić z problemami życiowymi.

***

17 lutego

Pełna zgoda w sprawie, ogólnie ujmując, kontrolowanego bałaganiarstwa wolnych ludzi. Myślę, że byśmy się dogadali.

Książkę „Magia sprzątania” przeczytałem z ciekawością – jeśli masz ochotę i chcesz przeczytać na ekranie komputera, mogę Ci przesłać w formie ebooka, chyba że masz już kindla - ale nie była to dla mnie prawda objawiona, zresztą nic w życiu nią nie jest.

Jestem sentymentalny – do dziś trzymam np. miskę pierwszego psa i jego zabawkę – i nigdy nie przeprowadziłbym w życiu takich porządków, jakie zaleca autorka tej książki – aby pozbyć się np. pamiątek, bo rzekomo są dla nas obciążeniem. Pozostaję przy swoim kontrolowanym nieładzie artystycznym i zbieraniem bezwartościowych rzeczy, które mają wartość tylko dla mnie.

Niestety, miałaś rację co do gorączki – zmęczenie i stres ostatnich dni dają się mnie we znaki, tzn. kolejny dzień snuję się po domu osłabiony, a wczorajszy dzień przespałem. Ale myślę, że damy sobie radę z Dufy.

***

19 lutego

Być może nastał już czas, abym z sofy koło kominka przeniósł się w końcu do sypialni na piętrze, ale nie mam serca zostawiać Duffy samej. Efekt mojego miękkiego serca jest taki, że wyglądam, a co gorsze – czuję się jak zombie. Bo ona serwuje mi pobudki skoro świt, nie bacząc na to, że śpię od ledwie kilku godzin. Nie możemy jakoś zsynchronizować naszych zegarów biologicznych. No ale już powinienem się do tego przyzwyczaić, bo odkąd pamiętam, zawsze w życiu tak miałem, że mój zegar chodził inaczej.

(...)

Nie jest to pisarz z mojej bajki, nie zdołałem przebrnąć przez żadną z jego książek i bardzo mierzi mnie jego narcystyczny wizerunek, który prezentuje w mediach, ale jedną wypowiedzią dla „Wyborczej” ujął mnie kiedyś Twardoch, bo odnalazłem w niej trochę siebie.

„Z obrzydzeniem stronię od newsów. Nie chcę wiedzieć, co się dzieje na świecie, bo i tak nie dzieje się nic interesującego. Nie oglądam wiadomości, nie słucham radia, choć i tak przecież o wszystkim wiem, bo znajomi na Facebooku wklejają linki do strasznie ważnych informacji o tym, co się dzieje na świecie, ale ja mam w dupie, co się dzieje na świecie, bo najpierw chciałbym raczej zrozumieć, co się we mnie samym dzieje. Nie chcę czytać o mamie Madzi, o premierze Tusku ani prezesie Kaczyńskim. Mam do przeczytania dużo książek, ale przede wszystkim mam życie do przeżycia i nie będę go marnował na te symulakra, które się zewsząd na mnie wylewają. Nawet tzw. poważnych gazet już nie czytam. Staram się przynajmniej”.

Choć stronić od świata zupełnie się nie da. Z norweskiej wsi trafiłem do swoistego więzienia na wsi polskiej i już mnie tu nosi, pojechałbym do miasta, spotkał się z ludźmi, może trochę napił. Ale skoro to niemożliwe, jak już pisałem, do dotychczasowych treningów dołączę bieganie. Bo przymusowa bezczynność bywa nie do zniesienia.

Ok, czas na rehabkę, a potem może małe porządki w ogrodzie, skoro tak słonecznie.

Same serdeczności przesyłamy! O!

ps. Z uśmiechem czytałem o Twoim sentymencie do artefaktów wspomnień. Mam dokładnie tak samo. Choć nie jestem chomikiem, to jednak wierzę w zaklętą moc niektórych przedmiotów. Twardowski pisał: naparstka po mamusi nie oddaj nikomu... I tego się w życiu trzymam.

***

23 lutego

być może składamy się właśnie z takiej pamięci, ze starych listów i zdjęć, które zatrzymały uśmiech, z tych naparstków mamusi albo jej chińskiej porcelany, z którą nie chciała się rozstać; i być może nie potrzebuje to żadnego wytłumaczenia, nie wymaga żadnej logiki

nielogiczne jest choćby to, że od lat utrzymuję garsonierę, w której bywam tylko kilka dni w roku, ale przecież nie mógłbym jej wynająć z tymi wszystkimi moimi książkami, zdjęciami i pamiątkami, które zaświadczają lepiej niż pamięć o pięknych chwilach, które były moim udziałem, i o ludziach, których już przy mnie nie ma

choć z niego abdykowałem, to jednak wciąż jest to moje królestwo; być może czasem ciąży mi, ale czyż mógłbym się go pozbyć? i cóż bym zrobił z tymi pieniędzmi za nie? kupił lepszy samochód? i gdzie bym nim pojechał? na koniec świata? przecież koniec i początek świata mam w sobie – od czasu, gdy mieszkam w trzech różnych miejscach i tak naprawdę to już nie wiem, gdzie jest ten mój dom, świadomość tego początku i końca w sobie czuję wyraźniej niż kiedykolwiek

bardzo dobrze rozumiem więc Twoją tęsknotę za nowym domem, który zmierzasz zbudować, za królestwem, w którym będziesz rządzić niepodzielnie – od kiedy pamiętam, mam w sobie silną potrzebę integralności, choćby miałoby to być tylko moje biurko zawalone książkami, wycinkami i notatnikami od moleskine, wiecznymi piórami i naostrzonymi ołówkami; gdziekolwiek mnie jeszcze życie rzuci, zawsze będę walczyć o ten skrawek tylko dla siebie

samych serdeczności!

ps. jednak chyba jestem zbyt miękki i być może dlatego tak bardzo niedopasowany do tego życia, ale nie miałem serca wynieść się do sypialni na piętrze; nadal śpię z Duffy na dole, bo mi jej szkoda; opłacam to wszystko bólami kręgosłupa, bo sofa jest być może dobra na szybki seks, ale na miesiąc czuwania przy kuternodze to jednak najwidoczniej nie – pozytywna informacja jest jednak taka, że jak wczoraj pokazał rtg, kość Duffy zrasta się dobrze i prawdopodobnie za trzy tygodnie będzie kolejny zabieg, a to znaczy, że za miesiąc z hakiem być może nadejdzie kres tego naszego psiego sanatorium przed kominkiem

***

28 lutego

Goldenki kochamy jak swoje dzieci, więc to dla nas naturalne, że jesteśmy gotowi zrobić dla nich wszystko, co w naszej mocy. A spanie przez miesiąc na sofie, przeznaczonej co najwyżej do okazjonalnych drzemek, nie jest ponad ludzkie siły.

Najważniejsze, że Duffy nie czuje się samotna, bez swojej córki i pani, no i że z dnia na dzień widzę poprawę, zaczyna używać już łapę nawet przy chodzeniu, a nie tylko stojąc, jeszcze ją boli, jeszcze sprawia dyskomfort, ale postęp jest naprawdę zauważalny. I to cieszy najbardziej. Oby do wiosny, do kolejnego zabiegu, do wyzdrowienia i do spotkania z norweską częścią naszej ekipy. Nie to, że poganiam życie, bo wiem, że kiedyś nam go zabraknie, ale pewnych chwil czekamy z utęsknieniem.

4.

po nocach, gdy już nie chcę myśleć i nie mam siły żyć, oglądam Świat według Kiepskich, hurtowo, po kilka odcinków naraz; usypiam przy kombinacjach mendy Paździocha, mlaskaniu pociesznego głupka Boczka i powiedzonkach próżniaka Ferdka, które powtarza jak mantrę: no i gra gitara, nie bój żaby

ale wcześniej, kiedy mózg nie odmawia mi jeszcze posłuszeństwa, czytam, dużo czytam, sięgam po nowości, wracam do starych lektur, czytanych wielokrotnie, Myśliwskiego, Pesoi, Hrabala

myślę o samobójstwie – że jednak nie musi być aktem kapitulacji, ale odwagi – rzuceniem się w przepaść nieznanego

myślę o śmierci Hrabala, który pożegnał się z życiem, wypadając lub wyskakując z okna praskiego szpitala dokładnie 20 lat temu, gdy nie było już na tym świecie nikogo, kto byłby dla niego na tyle ważny, by warto było dla niego żyć

- Myślał pan kiedyś o samobójstwie?
- Jako pisarz? Zawsze – powiedział kiedyś dziennikarzowi.

mimo to za ukochanym stryjem Pepinem wciąż powtarzał: ten świat jest piękny do obłędu, nie, żeby taki był, ale ja go takim widzę

siedzę przy dębowym blacie, Duffy leży u mych stóp, i piszę to wszystko, a Ojka wysyła do mnie z Norwegii sms: włącz czwórkę, mówią o Hrabalu, więc włączam, a tam akurat o książce Aleksandra Kaczorowskiego „Hrabal. Słodka apokalipsa”, która leży koło mojego macbooka otwarta na słowach

„Za każdym razem, gdy sięgniemy po jego książki, Vladimírek będzie wieszał się na klamce, poeta Bondy zatupie ze złości nogami w maleńkich bucikach, stryj Pepin zdradzi nam kolejny sekret dzieła pana Batisty o życiu płciowym. Ale Hrabal nie zdradzi nam sekretu swojej śmierci”.

nie wiem, czemu to wszystko piszę, być może nie ma to żadnej wartości, być może jest tak, jak powtarzał Hrabal, że jak musisz pisać, to nic cię nie powstrzyma, a może, jak Pesoa, jeżeli piszę o tym, co czuję, to dlatego, że w ten sposób przeciwdziałam gorączce odczuwania, a to, co wyznaję, nie ma znaczenia, bo nic nie ma znaczenia

nie mam pojęcia

przed chwilą tarzałem się z Duffy po podłodze, stała nade mną z pluszową świnią z Ikei i zmuszała mnie, żebym się z nią siłował, a ten biedny różowy prosiak robił nam za sznur; teraz już siedzę przed laptopem, dopijam kawę i zastanawiam się, kto ma na sobie więcej sierści – ja czy ona

i tego, podobnie jak powodów tej mojej pisaniny, też nie potrafię rozstrzygnąć

czasami ulegam iluzji, że jestem taki oczytany, tak dobrze wykształcony, taki obyty i pełen erudycji, że aż nabieram do siebie obrzydzenia, bo przecież to ohydne złudzenie, któremu mogą ulec tylko umysły próżne i płytkie; w rzeczywistości często, kiedy jestem sam na sam ze sobą i mógłbym oszukiwać co najwyżej siebie, a to przecież mężczyźnie nie uchodzi, czuję się pusty, zapadnięty w sobie, z milionami zwątpień

dlatego jeszcze raz powtarzam, że nie mam pojęcia, dlaczego to piszę, bo w rzeczywistości nie mam nic do powiedzenia, nie tylko dzisiaj, ale w ogóle, nie mam do powiedzenia nic o niczym, jak kiedyś wyznał Bukowski, czym mnie ujął, bo choć mógłbym być może mówić elokwentnie na każdy temat, podpierając swoje tezy różnymi, czasem nawet haniebnymi, ale trudnymi do obalenia argumentami, to jednak zawsze straszyłbym pustką pełną erudycji – przynajmniej tak o sobie myślę, przynajmniej z tego powodu nie wyrywam się zbytnio do dialogu, bo jednak mimo wielkiej radości życia, którą odnajduję w sobie, często przy okazji małych spraw, uważam, że to życie nie ma jednak sensu albo ma go bardzo rzadko i bardzo mało

niekiedy w tej naszej samotni ciągnie mnie do ludzi, na szczęście te pragnienie szybko gaśnie samo; to naprawdę szczęście, bo tak już mam, że gdy z kimś rozmawiam, często patrzę na nas z boku, jakbym oglądał film, co jest kaprysem umysłu, silniejszym ode mnie, nad którym nie mogę zapanować, i kiedy podczas tej rozmowy paraliżuje mnie jej sztuczność, jak wiele razy w życiu, bo przecież zwykle działamy jak katarynki, bez refleksji, co już dawno strąciło mnie na margines bycia na boku, poza głównym nurtem, więc kiedy to wszystko zaczyna mnie żenować, ta sytuacja, którą oglądam jak film, choć stoję przecież pośrodku, mam ochotę tylko skląć go strasznie, tego kogoś, kto tak mnie nuży i wprowadza w zakłopotanie

nie to, że jestem zupełnie nietowarzyski i że nie zdarza mnie się postrzępić języka po próżnicy, zwłaszcza przy alkoholu, ale mimo wielu niedogodności są momenty, że ta nasza samotnia, te nasze psie sanatorium, dobrze służy i mnie, bo, jak jeden z bohaterów Myśliwskiego, myślę, że nasze codzienne rozmowy – w życiu, które bez refleksji wiedziemy - to często tylko pozory, oczywiście nie mam nic przeciwko nim, bo pozory to czasami tlen życia, ale nie zawsze go wystarcza i wtedy człowiek się dusi

no więc i ja czasami biorę udział w tej grze pozorów, stoję, patrzę na nas jak na film, uśmiecham się i milczę, bo przecież nie mam do powiedzenia nic o niczym, więc czemu miałbym komukolwiek mówić coś takiego, żeby przestał pierdolić bez sensu

nie mam pojęcia

5.

wichura postrącała gałęzie z drzew, chodzę w kaloszach po ziemi grząskiej od roztopów i zbieram do wiadra chrust na rozpałkę w kominku, myślę o tym, jak to jest zrezygnować z życia, to znaczy samemu wybrać moment tego, co nieuchronne, jak to jest kupić sznur i zrobić z niego pętlę albo wyskoczyć z okna, jak Hrabal, bo wierzę, że właśnie tak zrobił, gdy nie miał już dla kogo żyć, zakończył życie, zanim niedołężność i samotność odebrała mu resztki godności, zanim zabrała mu samego siebie; myślę o pustce, która dźwięczy we mnie teraz jak echo, i o tym, że nie mam nic do powiedzenia, nic o niczym, a jeśli nawet przez przypadek mam, to i tak jest to bez znaczenia, więc przezornie milczę i, jak już mówiłem, są momenty, że ta nasza wymuszona samotność w naszym polskim domu między polami, jeziorami i lasami jest mi na rękę; choćbym nawet chciał, nie mógłbym tu być nikim innym, tylko sobą, a być sobą to wcale nie ucieczka, ale najtrudniejsza rzecz w życiu

Duffy człapie za mną jak cień, wciąż oszczędzając operowaną łapę, ale w końcu, być może znużona moją monotonną pracą, siada przed tarasem, który na skraju lasu zbudowałem latem z modrzewia, zastyga, jakby była tylko ogrodową ozdobą, idealnie wykonaną, sprawiającą wrażenie żywej, ale jednak z gipsu; wiatr bawi się jej uszami, majtają w rytm podmuchów, jakby zaraz miała odlecieć, wygląda jak ten pies z Niekończącej się opowieści, piękny kudłaty olbrzym

















przestaję zbierać chrust i grabić niedobitki liści, kucam przed nią, gładzę delikatnie po głowie, a ona ani drgnie, patrzę w jej smutne, mądre oczy, widzę w nich głębię, do której nie mam dostępu, i mówię, oddałbym królestwo, żeby dowiedzieć się, o czym teraz myślisz, Kulawiku

całuję ją w lewe oko, a ona wciąż siedzi nieruchomo jak posąg, i nagle, do końca nie mam pojęcia dlaczego, przez chwilę krótką jak mgnienie oka, robi mnie się tak przeraźliwe smutno, tak bardzo, że czuję, jakby wezbrał się we mnie cały sztorm płaczu, który zaraz uderzy mnie od środka i będzie się tam kotłował, nie wylewając na zewnątrz choćby łzy, i wszystko to dlatego, że nigdy się nie dowiem

Duffy siedzi tu przede mną, tulę ją czule, czuję jej zapach i bicie serca, wiatr robi z niej pięknego potwora z Niekończącej się opowieści, który być może zaraz gdzieś odleci, a ja nigdy się nie dowiem

tak bliscy, a tak oddaleni, myślę

i czuję się taki pusty, jakbym już nic nie miał nigdy powiedzieć, bo niby o czym

wtedy Duffy zaczyna się uśmiechać, najpierw iskrzą się jej tylko oczy, ale zaraz potem podkowa uśmiechu pojawia się na pysku

nadal siedzi nieruchomo, i nie mam pewności, czy nie dławi tego swojego śmiechu jak ja, gdy o nieludzkiej porze rano udaję przed nią na sofie, że jeszcze śpię, a ona podgryza mnie w mały palec dłoni tak, że w końcu muszę się poddać

tego też się nigdy nie dowiem, czy mnie nie nabiera, ale w tym jej uśmiechu przestaje mnie to już martwić, robię nam tylko w myślach zdjęcie

siedzimy tak sobie na starych liściach – Kulawik i ja, na drugim planie kawałek drewnianego płotu, który w zeszłym roku postawiłem z bratem i pobieliłem

już nic więcej nie mieści się w tle, niczego więcej w kadrze nie zapisuję

to dobrze, bo być może tylko położyłoby się cieniem na tym naszym milczeniu i nagłej radości Duffy, przesłoniło jej oczy, które niespodziewanie zapłonęły czystym szczęściem i niczym słońce rozświetlają w kadrze ten nasz piękny do obłędu świat

eden

niedziela, 12 lutego 2017

fiku - miku, nie płacz, kulawiku, zrobię ci drewniane nóżki




















Są takie oczy, nie pozna pan po nich, że płakały. Wystarczy je otrzeć. A są takie, że płacz długo w nich stoi, nawet gdy dawno płakały.

Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli

1.

kocham noce, bo to jedyne chwile, kiedy mam wrażenie, że wszystko jest piękniejsze i może stać się coś wielkiego, jednak nie dziś, gdy za oknami śpi nawet wiatr, choć to przecież na północy jego pora, i jest tak cicho, jakby się już skończył świat, a ja słyszę twój bezgłośny płacz, nie widzę twojej twarzy wtulonej w noc, ale widzę bezgłośne strumyki twoich łez

co się stało?

zastygasz i jeszcze bardziej słyszę ten twój płacz, którego nie da się usłyszeć, jeszcze bardziej go widzę, choć niczego widzieć nie mogę

nie, nic

potem milczysz, długo milczysz, aż nagle, kiedy już przestaję tego oczekiwać i powoli odpływam w siebie, szepczesz

nie mogę się pogodzić z tym, że kiedyś zabraknie Duffy

leżę bez ruchu nie tylko dlatego, że dotyka mnie ostateczność twoich słów, ale przede wszystkim z powodu Duffy, która swoim zwyczajem uwaliła się na mnie i jej głowa unosi się na mojej klatce piersiowej w rytm moich miarowych oddechów, do tego wbiła we mnie łapy i przez sen pilnuje, żebym czasem gdzieś nie czmychnął, nie mogę się też ruszyć za sprawką Hjarte, która leży między nami na grzebiecie, z tyłkiem niemal na naszych poduszkach, a jej wyprostowane łapy komicznie przecinają ciemność; w konsekwencji tego tłoku w naszym łóżku mój prawy półdupek wisi nad przepaścią i muszę bardzo uważać, żeby nie runąć w nią z hukiem

nie martw się, Duffy nie zabraknie, będziemy są nią tak opiekować, że nie zabraknie jej nigdy, nie może

te same słowa usłyszałem od matki, gdy jako mały chłopiec odkryłem, że jesteśmy śmiertelni i nie mogłem przestać płakać, bo nie chciałem się pogodzić, że nastąpi dzień, kiedy mój dziadek zniknie, jakby go nigdy nie było

długo w to wierzyłem, w te słowa matki wypowiedziane z taką pewnością, że nie mogły być kłamstwem, ale coś poszło nie tak, bo kilkanaście lat później dziadek jednak umarł

była zima, chodziłem w ciemności po parku koło zabytkowego szpitala i płakałem, ale nie po wierzchu jak ty teraz, tylko łzami do środka, do siebie, bo inaczej nie potrafię

przestajesz płakać, ale płacz nadal stoi w twoich oczach, Hjarte przeciąga się beztrosko i niemal strąca mnie w przepaść, a Duffy pochrapuje na mnie coraz głośniej, co kocham, bo zawsze, także teraz, napełnia mnie to błogim spokojem, że wszystko jest takie, jak powinno, choć przecież nigdy nie jest, ale w tej błogości nie ma to już żadnego znaczenia

zapisuję w sobie tę chwilę, zapamiętuję tę cichą noc, gdy jeszcze wszyscy razem możemy leżeć na granicy snu

2.

jedziemy z Duffy między pobielonymi śniegiem polami, słońce rysuje krajobraz tak delikatnie, że obrazy, które w nas wnikają i bezszelestnie przepływają, wydają się niematerialne, muzyka wsącza się w nas i pozbawia konturów, rozmywa

we wstecznym lusterku widzę głowę Duffy, opiera się o tylne siedzenie i podskakuje na wybojach jak piłka; w jej oczach stoją łzy

zaczynam jej śpiewać: fiku - miku, nie płacz, nie płacz, kulawiku, zrobię ci drewniane nóżki

przez telefon uspokajam cię: mamy z Duffy ustalenia, że na pewno ją naprawimy, żeby mogła hasać ze swoją szaloną córką Jartoszem, a jeżeli się już nie da niczego naprawić, dorobię jej drewniane kulasy, sobie też - i będziemy tak razem kuśtykać przez życie

śmiejesz się, ale mówisz, że daleko nie pokuśtykamy, bo mamy jak w banku, że Hjarte nam te drewniane kulasy obgryzie

w duchu przyznaję ci rację, że mały bandzior na pewno tak zrobi

ale teraz jeszcze tego nie wiem, nie widzę żadnych luk w swoim genialnym planie, prowadzę samochód i błaznuję, żeby piosenką o drewnianych nóżkach zetrzeć z oczu łzy kulawikowi; a pewnie i śpiewam też dla siebie, żeby zagłuszyć w sobie strach przed wyrokiem, który usłyszymy za chwilę w klinice

3.

jesteśmy w Polsce i z Norwegii dostajemy telefon o bardzo złym stanie Duffy

zatyka mi uszy i braknie tchu

jak wtedy, gdy topię się jako chłopiec, co wciąż widzę dokładnie, mimo oddali lat: promienie słońca rozpraszają się w zielonej wodzie jeziora, która zalała mi już oczy, słyszę jeszcze pogwar letniej plaży, ale w uszach przede wszystkim szumi mi krew i łomocze serce, nie mam, jak złapać oddechu

więc siedzę z tobą w galerii handlowej, tylko już mnie nie ma, to znaczy niby jeszcze jestem, ale już poza czasem, poza sobą, świat wiruje, jednak bez mnie – patrzę, a ciebie już też w nim nie ma; milknie muzyka, choć przecież wciąż gra, zacierają się kształty, jakby już nic wokół nas nie było, choć przecież alejkami płyną tłumy

w uszach mamy tylko szum krwi i łomotanie serc

a jeśli sparaliżuje Duffy i będziemy musieli ją uśpić, mówisz

drżą ci ręce, na ekranie iphona widzimy, że jest ostatnie miejsce na pokładzie samolotu norwegiana z Bergen do Berlina, jest też wolne miejsce dla psa, z Polski przylecielibyśmy w sobotę, a w niedzielę musiałbym wrócić z Duffy, naszym polskim samochodem na schonefeld przyjechałaby po nas przyjaciółka, a potem pognalibyśmy do kliniki w Poznaniu

goldenki są ubezpieczone w Norwegii, to nie gigantyczne koszty leczenia tutaj stanowią problem, po prostu nie ufamy norweskim weterynarzom

a przed chwilą polski lekarz powiedział nam przez telefon, że nie ma czasu na zwłokę, zwłaszcza że Duffy ma już prawie osiem lat

drżą ci ręce, bo karta kredytowa nie chce przejść przez bank i nie możemy kupić tych cholernych biletów na lot – dla mnie i dla Duffy, która nie może już chodzić

4.

kiedy tylko wchodzimy z Duffy na lotnisko w Bergen, wracają wspomnienia sprzed roku, gdy życie jej córki Hjarte gaśnie z godziny na godzinę, a my musimy ją przetransportować samolotem do Berlina, a potem nocą na złamanie karku autostradą do kliniki w Polsce, co jest, żeby powiedzieć obrazowo, jak brawurowy taniec na kruchym lodzie, który w każdej chwili może strzelić z hukiem, pochłaniając nas w otchłań rozpaczy

widzę to wciąż wyraźnie: na parkingu stawiam na wózku nieskręconą jeszcze klatkę samolotową Hjarte, układam w niej umierającą małą, jakbym kładł tam swoje serce, i powoli jedziemy do hali odpraw; w pewnym momencie za bardzo przyspieszasz wózkiem, którym wieziesz moje bagaże, Hjarte to niepokoi i choć jedną ręką przytrzymuję ją za kark, niespodziewanie zrywa się i wyskakuje z klatki, upada z hukiem na posadzkę, ale szybko wstaje; przerażający moment, jednak mnie dodaje otuchy, jest dobrze, myślę, jesteś silna, wytrzymasz jeszcze lot, kochanie, powinnaś wytrzymać

ale teraz lecę ratować Duffy - boisz się, że chory kręgosłup zaczyna odcinać jej łapy i choć jesteśmy gotowi poruszyć dla niej niebo i ziemię, to może być za mało; siedzisz przy niej na podłodze przed odprawą i starasz się odgonić płacz, a ja ci obiecuję: będzie git, bo tak ustaliliśmy z Duffy

zobacz – pokazuję ci starszą panią na wózku przy stanowisku odpraw, na głowie ma czarną trwałą, która na pierwszy rzut oka nie przypomina niczego, co w życiu widziałem, być może jest to coś między drucianym czyścikiem do patelni i zużytym mopem, a może po prostu uklepanym, ile się dało, afro – to są dopiero problemy, mówię, módl się, żebyśmy nie mieli opóźnionego lotu, bo mogę się założyć, że celnicy wiszą teraz na gorącej linii z norweskimi służbami specjalnymi i zastanawiają się, jak bez wzbudzania paniki na lotnisku unieszkodliwić to coś na jej głowie

zaczynamy się śmiać na głos, zwłaszcza że z jakiegoś powodu celnicy rzeczywiście wydają się poddenerwowani i próbują się dogadać z opiekunką starszej pani, która na głowie ma czyścik do patelni albo nieludzko uklepane afro

jesteśmy padalcami, przestań się śmiać, to nie uchodzi, mówię, ale za późno, bo ty się już nie śmiejesz, tylko płaczesz ze śmiechu



















5.

na zdjęciu rtg w czerni i beli oglądam kolano Duffy – do czasu zrośnięcia blacha i śruby będą trzymać fragment kości odciętej i przesuniętej przez doktora Jacka Gołańczyka w ten sposób, aby, mówiąc w dużym skrócie, zmienić sposób działania jej kolana w ludzkie, taki zabieg nazywa się TPLO

gdy nas nie było w Norwegii, najpewniej podczas zabawy ze swoją energiczną córką, Duffy zerwała przednie więzadło krzyżowe w prawej tylnej łapie, zmiana biomechaniki łapy sprawi, że powinna obejść się bez niego

to nie schorowany kręgosłup, który mógłby nam odebrać Duffy już teraz, jesteśmy więc szczęśliwi, choć czeka ją jeszcze jeden zabieg – wyciągnięcie blachy - i miesiące rehabilitacji; przez ten czas, przestrzega mnie zaprzyjaźniona lekarz weterynarii i hodowczyni goldenów Magdalena Chmielewska, muszę obchodzić się z Duffy jak z jajkiem; gdy tylko ból minie, trudno będzie liczyć na jej rozsądek, wystarczy, że zbyt obciąży łapę i może rozwalić staw tak, że już jej nie będzie można pomóc

Duffy człapie teraz o trzech łapach, dlatego boję się nie tylko o jej operowane kolano, ale i o chory kręgosłup – żeby przy okazji nie rozwaliła i jego

jestem i przez wiele najbliższych tygodni będę jej aniołem stróżem; przez pierwsze dni pomagała mi moja matka, która rzuciła wszystko i przyjechała do nas obierać Duffy mandarynki i gotować jej galarety na regenerację, a przy okazji zajadała się czekoladą i na koniec każdego dnia zarzekała się, że od jutra zero słodyczy i dieta 1.500 kcal – ale się nie udawało; Duffy musi trzymać linię, żeby nie obciążać stawów, ma apetyt za dwóch i cały czas mówi, zobacz, jaka jestem biedna z tą łapką, należą się przysmaki, ale muszę być twardy

teraz na polu bitwy zostaliśmy sami: spacerujemy, to znaczy – człapiemy tylko po ogrodzie i trzy razy dziennie, według wskazówek rehabilitantki, robimy, jak mówię, rehabkę

chodź, zrobimy rehabkę

a Duffy merda ogonem i układa się na posłaniu; suszarką, co lubi od szczeniaka, rozgrzewam jej łapę, dla lepszego ukrwienia masuję okolice stawów, a potem po 15 razy delikatnie uginam każdy, wymuszając jego pracę, i mocno wymasowuję limfę; dzięki naszym ćwiczeniom nowe kolano już nieźle się rusza, ale wciąż jest opuchnięte, dlatego rehabkę kończymy zimnym kompresem

Duffy jest wzorowym pacjentem, w czasie rehabki patrzy na mnie z wdzięcznością, a ja za każdym razem przemawiam do niej mniej więcej w takim stylu

obiecuję ci, kulawiku, że będzie git; jak w kwietniu spotkasz się ze swoją szaloną córką Hjarte, będziesz nówka sztuka, a teraz musimy mieszać w tych twoich stawach, żeby zechciały pływać w nich ryby, bo w zamulonych na pewno nie zechcą

jest bardzo przejęta i nie śmieje się, jak ma to w zwyczaju, gdy w innych okolicznościach opowiadam jej podobne błazeństwa

po rehabce wygłaszam rytualną formułkę

na mocy konwencji praw pacjenta, zgodnie z międzynarodową procedurą Najwyższego Trybunału Praw Goldenów, należy ci się, kulawiku, wynagrodzenie w postaci całusów i szmeksów, takie są fakty

ceremonia zapłaty jest krótka, po niej kulawik najczęściej od razu zasypia

6.

w pierwszą noc po powrocie Duffy z kliniki śpimy razem przed kominkiem na jej posłaniu, jest tak cicho, jakby się już skończył świat

trzyma głowę na mojej dłoni i nie pozwala jej zabrać, każe się głaskać, a gdy choć na chwilę przestaję, żeby odgonić odrętwienie, od razu upomina mnie, szturchając pyskiem; od czasu do czasu dostaję całusa, co w codzienności zdarza się tylko od wielkiego dzwonu i wtedy od razu płoszy się jak pensjonarka; czuję, jak mocno bije jej serce, boksuje mnie, jakbym trzymał w dłoni dzikiego ptaka, który chce się wyrwać do lotu; w jej łagodnych i mądrych oczach chwieją się łzy, ale widzę też iskierki radości, że po trzech dniach w klinice znów jesteśmy razem

zapisuję w sobie tę chwilę

widzisz, kulawiku, to jeszcze nie teraz, jeszcze jesteśmy razem i możemy tu tak sobie leżeć na granicy snu, wtuleni w siebie i w tę cichą noc

eden