wtorek, 23 lutego 2016

wyznania szaleńca

Od kilku dni chodzę i dzióbkuję się z powietrzem. To znaczy układam usta w dzióbek i na sucho trenuję buziakowanie się z Hjarte. Najwspanialszy szczeniak świata został za zimnym morzem ze swoją nierzeczywiście cudowną mamą Duffy, a my tutaj, w Polsce, tęsknimy za nimi jak szaleńcy.

Więc usta w dzióbek, tyłek w ruch jakbym merdał ogonem, a w zasadzie jakby ten wyimaginowany ogon wziął mnie we władanie i merdał radośnie całym mną, no i pieszczotliwe zaklęcie:

- Chodź do pantodontka, Hjartodontku (to jedna z miliona odmian imienia Hjarte, które wyrzucam z siebie z prędkością światła)! Dajmy sobie buziaka, bo to nie uchodzi tak długo bez buziaków iść przez życie. Oj nie!

Od kilku dni błaznuję tak cały czas na sucho, bez Hjartolka, ale wystarczy, że na chwilę zmrużę oczy, a już ją czuję, jak nadbiega całą sobą, z pyskiem w dzióbek i wystającym jęzorem, którym - zanim się do mnie dorwie - kręci w powietrzu miłosne piruety.

Mój Hjartolec, moje małe serce. Atomowa energia zamknięta w ciele małego anioła i diabła zarazem, a wszystko to pod kontrolą piekielnie inteligentnego mózgu, który z fascynacją chłonie cały świat. Choćbyś chciał, choćbyś się starał – nie obronisz się przed miłością do niej. Nie masz szans, biedaku. Sprawdź po lewej stronie klatki piersiowej. Tak, jeszcze jest, jeszcze bije. Ale nie pytaj dla kogo. Bo twoje serce nie bije już dla ciebie.

- Oszalałeś. Kompletnie oszalałeś na jej punkcie, a ona na twoim. Dorosły facet, a jak szaleniec – powtarza ciągle Ojka.

I kręci głową z dezaprobatą, ale ja wiem, że to żadna dezaprobata, tylko fascynacja naszą miłością. Czystą i wielką, bez zbędnego namysłu...

No dobrze – szaleńczą! A kto nam zabroni?! No powiedz: kto? Zresztą, co jest normą? Szare życie szarych ludzi? Jeśli tak, to w takim razie już zawsze chcę być tylko wariatem. Bezapelacyjnie tylko nim. Nie leczcie mnie, choćbym stanął na skraju obłędu.

- Kochanie, treningi dzióbkowania, nawet takie na sucho, są potrzebne, żeby nie wyjść z wprawy. Przecież nie jestem wariatem, wiem, że teraz od Hjartosza dzieli mnie 1,5 tys. km i zimne morze, więc to trochę za daleko. Nawet dla naszych wprawnych dzióbków. Jednak rytualne całowanie powietrza i kręcenie zadkiem na jej cześć to tylko rutynowy element treningu. Zupełnie świadomy i zaplanowany – odpowiadam Ojce.

Ale tak po prawdzie, zdradzam Wam to w tajemnicy, licząc na dozgonną dyskrecję, o żadnym zaplanowaniu i świadomości nie może być mowy. Chodzę po świecie poważny i opanowany, lecz to tylko pozór, fasada, bo - uwierzcie na słowo - nie mam pojęcia, kiedy nadejdzie atak niekontrolowanej czułości i złożę usta w dzióbek, swój zadek – ponoć słodki – oddam we władanie ogona, którego nie posiadam i rozanielonym głosem zacznę nawoływać:

- Chodź do pantodontka, Hjartodontku. No chodź...

Napady biorą mnie w swoje słodkie szpony wiele razy dziennie. Wystarczy tylko, że zaczniemy rozmawiać z Ojką o Hjartolcu, a ja do znudzenia to samo: usta w dzióbek, zadek we władanie wirtualnego ogona i zaklęcie:

- Chodź do pantodontka, Hjartodontku. No chodź...

Czy to sklep, czy stacja benzynowa, bank czy restauracja – nieważne. Na konwenanse leję środkowym strumieniem gorącego moczu (te poetycko obrazowe powiedzenie pozwalam sobie wypożyczyć z repertuaru poetyckich powiedzeń najwspanialszej Mamy świata, którą szczęśliwie dysponuję).

Więc tak – jeśli zobaczycie gościa z przyprószonymi siwizną włosami, o wysportowanej sylwetce, z pierścieniami z trupimi czaszkami od Thomasa Sabo, pachnącego Sauvage od Diora i w nieodłącznych trampkach od Conversa (teraz w ocieplanej wersji zimowej ze skóry koloru szarego), który w sklepie, na poczcie, w banku, w restauracji itp. (niepotrzebne skreślić/potrzebne dopisać) ustami złożonymi w dzióbek zacznie czule całować powietrze, a jego zadek, ba!, całe ciało zacznie tańczyć w rytm wirtualnego ogona, miejcie przekonanie graniczące z pewnością, że to ja. A jeśli ten facet zacznie jeszcze rozanielonym głosem szeptać:

- Chodź do pantodontka, Hjartodontku. No chodź...

To ja. To na pewno ja. Możecie być pewni jak tego, że kiedyś nadejdzie śmierć.

- Jesteś niepokornym buntownikiem. Nigdy nie wiem, przeciwko czemu ani komu się sprzeciwisz. Nigdy nie wiem, co zrobisz. Jesteś nieprzewidywalny. Ale jednego mogę być pewna: gdy tylko popatrzysz na nią, momentalnie złagodnieją ci oczy i zaczną się śmiać. Albo gdy będziesz wściekły na coś i zaczniesz rzucać przekleństwami jak gromami, wiem, że wystarczy w rozmowie przywołać Hjarte, a twoje oczy zaszklą się miłością. Oszalałeś. Kompletnie oszalałeś na jej punkcie – powtarza Ojka.

Chciałbym powiedzieć, że to obrzydliwe kalumnie. Moja buntownicza natura byłaby szczęśliwa. Ale mam też w sobie odrobinę przyzwoitości, a ona kocha prawdę.

A prawda jest taka, że nigdy w życiu nie chciałem mieć już psa. Po śmierci mojej Cory już nigdy więcej.

Opowiadałem Wam kiedyś o Corze. To przy niej na chwilę stanęło moje serce, gdy jej siedemnastoletnie, udręczone chorobami, przestawało bić. To przy jej grobie nad brzegiem pięknego jeziora kładę się czasem na ziemi, zamykam oczy i przez chwilę mogę poczuć się lasem jak ona, która nim już jest.

Nie chciałem po niej kochać już żadnego psa. Za dużo mnie kosztowało to rozstanie. Przygotowywaliśmy się do niego bardzo długo. Pamiętam, że w ostatnie nasze wspólne wakacje chodziliśmy sami nad morze oglądać wschody słońca i płakać ukradkiem, żeby nikt nie widział. Ostatni tydzień przed śmiertelnym zastrzykiem (śmiertelnym, a nie usypiającym, bo przecież ze snu można obudzić, a ja Cory już nie mogę) codziennie urywałem się z pracy na kilka godzin i leżeliśmy przytuleni na jej posłaniu. Nie chciałem więcej przeżywać takiej powolnej utraty kawałka siebie, którym ona była.

Już nigdy w życiu psa. Tak sobie obiecałem. Ale los zakpił z moich postanowień. Bo kilka lat później pokochałem kobietę z najpiękniejszą goldenką na świecie. Wiem, że też bardzo kochacie swoje psy i świata poza nimi nie widzicie, ale nie obrażajcie się, gdy piszę, że Duffy jest najpiękniejsza. Pamiętajcie, że piękno jest zawsze w oczach i sercu patrzącego. Ja najczystsze piękno, mądrość i dobro widzę właśnie w niej.

Już nigdy miałem nie mieć psa, tymczasem na myśl o Hjarte, której na początku nawet nie za bardzo lubiłem, bo była największym zakapiorem w kojcu i wierzgała, gdy tylko człowiek chciał ją przytulić, więc na myśl o tym anielskim szatanie - robię usta w dzióbek, zadek oddaję we władanie wirtualnego ogona i szepczę zaklęcie:
- Chodź do pantodontka, Hjartodontku. No chodź...

Takie figle płata mi życie.

Dobiega trzecia nad ranem. Siedzę w naszym polskim domu przy zabytkowym stole, słucham muzyki, grzeję się ogniem z kominka i pitą z gwinta wódką. Moja tęsknota biegnie na koniec świata. Sycę własną melancholię i pielęgnuję w sobie nieokreślone poczucie straty.

Zafascynowany przemijaniem pytam - jak ja kocham te pytanie! - co się dzieje z czasem? Nigdy nic nie przepada? Czy przepada wszystko, jakby nigdy tego nie było? Gdzie jest ten dzień, kiedy w blasku słońca do utraty tchu biegałem z Corą po jeziorze skutym lodem? Albo ten, kiedy stanęło mi serce, gdy jej przestało bić?

Szumi mi w głowie, ale trzeźwo myślę o świecie biotemporalnym według Frasera, charakterystycznym dla wyżej rozwiniętych zwierząt, dzieci i ludzkiej podświadomości, w którym odbieramy głównie teraźniejszość, a przeszłość i przyszłość są jedynie mglistymi jej brzegami...

Tak, nic nie przepadło, wszystko jest we mnie. Zasnute mgłą - jednak ciągle żywe. W sercu nie przepada nic, nie mija. Na przekór czasowi ciągle powraca. Stawia opór nicości. Przechytrza ją.

Ale teraz jest zawsze teraz. Ale teraz widzę jasno. Bez mglistych brzegów. Robię usta w dzióbek, zadek oddaję we władanie ogona, którego nie mam, i szepczę zaklęcie:

- Chodź do pantodontka, Hjartodontku. No chodź...

eden

poniedziałek, 15 lutego 2016

takie chwile nie mają ceny

Jestem kolekcjonerem. Kolekcjonuję piękne chwile. Lubię przedmioty, potrafią mnie wprawić w zachwyt. Ale nie pragnę ich ponad miarę. Tylko piękne chwile nie mają dla mnie ceny. To krótka opowieść o jednej z nich.

***

Ten wyjazd cieszył nas jak dzieci z kilku powodów. Po pierwsze Bergen, do którego mamy słabość i z zachwytem przemierzamy jego stare uliczki albo sycimy oczy nierzeczywiście piękną panoramą ze wzgórza, na które prowadzi kolejka.

Po drugie, wynajęty romantyczny strych - jakby żywcem wyjęty z filmów o pisarzach, którzy jeszcze nie zaznali sławy i rzeki pieniędzy - w domu w historycznej dzielnicy z widokiem na port i największe statki świata.

Po trzecie, nowy wspaniały samochód, który mieliśmy odebrać w dniu wyjazdu.

Po czwarte, spotkanie z przyjaciółmi z Trójmiasta, którzy mieli przylecieć do Bergen na trzy dni specjalnie na spotkanie z nami.

Po piąte, druga z trzech wystaw Hjarte, które musi zaliczyć, aby w przyszłości stać się mamą kolejnego pokolenia Złodziei Serc.

I po szóste, spotkanie z Nimi. Trzema spośród pięciu Złodziei Serc, których ponad pół roku temu wypuściliśmy w świat, aby byli kochani i obdarowywali miłością.

Czy muszę jeszcze tłumaczyć, dlaczego w oczekiwaniu na to wszystko nie mogliśmy spać z ekscytacji?

***

Nie jesteśmy wystawcami. Na wystawy jeździmy tylko dlatego, żeby zdobyć papiery potrzebne w przyszłości do rozrodu Hjarte. Była najpiękniejsza w swojej kategorii. I bez trudu by ją wygrała – jesteśmy tego pewni. Jednak, ku naszemu zdziwieniu, nie chciała się dać dotknąć sędziemu. Powiedział, że widocznie nie podoba jej się, to się zdarza w kategorii szczeniaków. Musiał jej jednak odjąć punkty i zamiast pierwszego zajęła trzecie miejsce.

Stałem z boku z aparatem, widziałem stres Ojki, upór Hjarte i było mi przykro, bo wiedziałem, że nic nie jesteśmy w stanie zrobić.

Czasem w życiu od zwycięstwa dzielą nas tylko milimetry. Tylko one i aż one. Margines błędu jest niewielki. Pół kroku za daleko i pudłujesz. Pół sekundy za szybko albo za późno i też pudłujesz. W każdej chwili idzie o drobiazgi. Ale gdy dodamy je do siebie, stanowią różnicę między zwycięstwem i klęską.

Cel zrealizowaliśmy – Hjarte zdobyła dobrą ocenę i kolejny potrzebny dokument. Ojka smuciła się jedynie dlatego, że choć Hjarte była taka piękna, od zwycięstwa, dla samej satysfakcji, dzieliły nas tylko drobiazgi.

Ja - przyznam to bez bicia – pochwaliłem potem Hjarte. Powiedziałem, że jestem z niej dumny, że nie pozwoliła się dotykać obcemu dziadowi. Bo i ja bym nie pozwolił. A co!

***

Na wystawę, żeby spotkać się z nami, przyjechało trzech Złodziei Serc. Na ulicy nie poznalibyśmy ani jednego. Z tych malców, na których chuchaliśmy i dmuchaliśmy, wyrosły piękne i dorodne goldeny.

Oniemieliśmy, gdy Zielony (Teo) wszedł ze swoją nową rodziną do sali wystawowej. Jest jednym z najpiękniejszych i najbielszych goldenów, jakiego widzieliśmy w życiu. Od początku wiedzieliśmy, że będzie wyjątkowy – choćby tylko przez swoją śnieżną biel. Po ojcu wyrósł na wspaniale umięśnionego samca, po matce ma urzekającą głowę. W naszych oczach mógłby być wzorcem rasy. Nie mogliśmy uwierzyć, że to ten sam szczeniak, który jeszcze ubiegłego lata mieścił się nam w dłoni i którego pewnej nocy, gdy się bardzo rozchorował i miał temperaturę blisko krytycznej, zabraliśmy z kojca do łóżka i poiliśmy co chwilę strzykawką, żeby się nie odwodnił.

Przyszedł też Czarny (Bravo), który nie tylko wyglądem, ale i zachowaniem tak bardzo przypomina nam naszą Hjarte, bo szelmowski uśmiech dosłownie nie schodzi mu z pyska. Odwiedziła nas również Kaisa (Granatowa), najbardziej dziewczęca ze wszystkich złodziei, w której byłem bez pamięci zakochany i którą musieliśmy dokarmiać smoczkiem, bo taka była malutka.

Nie mogliśmy napatrzeć się na szczęście Duffy. Śmiała się i merdała ogonem. Szczeniaki od razu wiedziały, że to ich matka. Wycałowała je, a gdy łobuzowały, rozstawiała po kątach. Do nowych rodzin złodziei tuliła się z wdzięcznością.

Kucnęliśmy z Ojką. A „nasze” szczeniaki podchodziły do nas i zaczynały wąchać. Najpierw delikatnie, niemal sennie, po chwili z radością i podnieceniem, jakby złapały upragniony trop. Gdy nie miały już wątpliwości, że to my, obdarowały nas pocałunkami, a ich ciała same zaczynały tańczyć z radości. Trwało to ledwie sekundy, ale nas przepełniało czyste szczęście.

Pewnie nie wszyscy to pamiętają, ale 12 czerwca 2015, gdy po trzech nieprzespanych nocach jako nocna wachta pozwoliłem sobie uciąć drzemkę, do klawiatury komputera dorwali się mali Złodzieje Serc. Przedstawili się Czytelnikom, a na koniec dodali:

„Zaprzyjaźniona z naszym Państwem znana hodowczyni goldenów i lek. weterynarii Magdalena Chmielewska pocieszyła ukochanych opiekunów, że będziemy ich pamiętać nawet, gdy się już rozstaniemy.

To znaczy jesteśmy zbyt mali, żeby jak skarby w kufrze zgromadzić w naszych głowach wspomnienia z Panią i Panem. Niestety, natura nam na to nie pozwoli. Ale każdego dnia pieczołowicie tkamy w sobie mapę z ich zapachów. I choćbyśmy mieli spotkać się dopiero na sądzie ostatecznym, zawsze ich poznamy, będziemy wiedzieć, że to oni. Zapach nie przywoła w naszych głowach żadnych obrazów. Jednak poznamy ich bez cienia wątpliwości, będziemy wiedzieć, że to ci, którzy przygotowali nas do pięknej przygody zwanej przez ludzi życiem, a przez nas po prostu: hau, hau...”

Złodzieje Serc nie kłamali. I tak podarowali mi kolejną piękną chwilę do kolekcji. Takie chwile nie mają ceny.

eden

piątek, 12 lutego 2016

gdybyś teraz mógł zrobić cokolwiek, co by to było?

- Byłeś już tu kiedyś, Solberg? - zapytałem.
- Gdzie?
- Na dnie samotności.

***

„Moje życie kończy się i jestem rozczarowany. Nie nastąpiło nic z tego, czego oczekiwałem jako młody człowiek. Przeżyłem chwile interesujące, ale zawsze trudne, zawsze na granicy mych sił, nic nigdy nie zostało mi darowane, a teraz mam już tego dość, chciałbym tylko, żeby wszystko zakończyło się bez nadmiernego cierpienia, bez ciężkiej choroby, bez kalectwa”.

Prokurator Øivind Solberg odłożył „Mapę i terytorium” Houellebecqa. Książkę z zakreślonym fragmentem dał mu ten Polak, Martin Eden, po kilkugodzinnym przesłuchaniu na dołku w Bergen. Zdziwił go prezent, ale nic nie powiedział. Był myślami gdzieś daleko i ledwie utrzymywał kontakt z rzeczywistością. Sprawa Złodziei Serc zaczynała mu się wymykać spod kontroli. Wziął ją chętnie w nadziei, że dzięki temu jego kariera ruszy z martwego punktu. Afera od kilku tygodni nie znikała z czołówek norweskich gazet - wszystkie redakcje potępiały szajkę kradnącą ludziom serca. Pomyślał, że sprawców ma podanych na tacy, a oni jeszcze do wszystkiego się przyznali i byli z siebie dumni. Proces będzie szybki i bez komplikacji. Potem jak nic dostanie w końcu awans na szefa wydziału do spraw przestępczości zorganizowanej w Prokuraturze Apelacyjnej. I to w blasku fleszy.

Ale z czasem zaczął nabierać coraz więcej wątpliwości.

- Dlaczego nam to robisz? - zapytał Eden na drugim przesłuchaniu.
- Taka praca – odpowiedział.
- Praca? Karanie za miłość? Kiedy się tak pogubiłeś, Solberg?
- Nie rozumiem.
- Kiedy zapomniałeś, czym jest sprawiedliwość?
- Złamałeś prawo i za to odpowiesz. To jest sprawiedliwość.
- Przypomnij sobie, co mówił Ulpian. Że ważniejszy od litery prawa jest jego duch. I że ślepe stosowanie prawa prowadzi do bezprawia. Wiedzieli już o tym starożytni. A ty jeszcze pamiętasz?
Bzdura! - odpowiedział.

Jednak ta rozmowa nie dawała mu spokoju. Słowa Edena ciągle dźwięczały w jego głowie. Myślał, kim się stał przez lata pracy w prokuraturze, gdzie zniknęły ideały, w które wierzył jeszcze długo po studiach. Duch prawa? Już dawno o nim nie myślał.

Zgorzkniałeś i zrobiłeś się cyniczny – powtórzył w myślach kilkakrotnie. Dlaczego tak się stało i kiedy, nie miał pojęcia. Może w pewnym momencie, który przegapił, życie tak mocno zwaliło mu się na barki, że go nie udźwignął i porzucił marzenia? A czy bez marzeń należysz jeszcze do świata żywych? Czy umierasz za życia?

Był bardzo zmęczony. Myślał o zakreślonym ołówkiem fragmencie książki, którą dał mu Eden. Słowa Houellebecqa uderzyły go, jakby dostał pięścią w twarz.

- Skąd ten pisarz mnie tak dobrze zna?

Świtało. Stanął przy oknie i ponad dachami patrzył na śpiące miasto i zatokę z jachtami milionerów. Kolejna noc bez Sofie. Sto sześćdziesiąta czwarta noc bez Sofie, odkąd się rozstali w gniewie. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo mu jej brakuje.

Wlał w siebie drugą szklankę whisky. Nie, nigdy nie byłem tutaj, pomyślał. Na dnie samotności jestem pierwszy raz.

***

Byłem gotów odpokutować za to, że Złodzieje Serc okradli swoje nowe rodziny i doprowadzają je do szaleństwa z miłości. Znam prawo - kradzież serca jest zbrodnią. Kara, którą przed sądem zażąda dla nas prokurator Solberg, dozgonna tęsknota i miłość do Złodziei Serc, wydawała się więc uczciwa. Dura lex, sed lex.

Nie mogłem się jednak pogodzić z potępieniem, które nas spotkało. Z tym, że dziennikarze już dawno wydali wyrok i używali sobie na nas do woli. Nagłówki wszystkich norweskich gazet krzyczały: „Zbrodniarze stulecia kradli serca w biały dzień”, „Najwyższa kara dla zwyrodnialców”, „Polskie bestie pod sąd”.

Odezwał się we mnie buntownik. To ten stan, kiedy wiesz, że wszyscy wokół się mylą, tylko ty masz rację. I co, chowasz wtedy głowę w piasek, czy walczysz o to, w co wierzysz?

Usiadłem przy biurku. Długo patrzyłem na morze i góry za oknem, ale ich nie widziałem. Przed oczami stanął mi Solberg. Był tak smutny, że zrobiło mi się go żal i poczułem do niego nić sympatii.

Na kartce w linie z czarnego notatnika Moleskine skreśliłem piórem kilka zdań.

„De Mello opisał kiedyś autentyczną historię rozbitków, którzy dryfowali po jednym z mórz na tratwie i umierali z pragnienia, nie mając pojęcia, że unoszą ich silne prądy słodkich wód.

Czasem wystarczy tylko sięgnąć po to, co najcenniejsze.

Gdybyś teraz mógł zrobić cokolwiek, co by to było? Po co byś sięgnął, prokuratorze Solberg?”

Włożyłem kartkę do koperty i wysłałem pod adres prokuratury w Bergen.

Nie mogłem przestać myśleć. O Złodziejach Serc; o procesie, który nas czeka; o zagubionym Solbergu, który oskarża ludzi o miłość; i o nas. Co nas czeka, jaka przyszłość będzie naszym udziałem?

Poszedłem biegać. Gdy nie mogę poradzić sobie z myślami, piję, dźwigam ciężary albo biegam. Bieg kończyłem po ciemku, pod ugwieżdżonym niebem. Nie widziałem ich, ale słyszałem - koło mnie biegały sarny. Przystanąłem, słyszałem bicie swojego serca, czułem zapach lasu, ciepłego powietrza, jeziora, morza i gór i to, jak stróżki potu spływają po moich plecach. Stałem tam dłuższą chwilę w ciemnościach, kilometr od szosy i kilka kilometrów od zabudowań. I przez chwilę czułem się częścią tego wszystkiego. Wystarczyło przestać myśleć. Magiczna chwila.

***

Solberg bał się otworzyć oczy. W głowie wibrowała mu biel pokoju. Gdy próbował się podnieść, tylko westchnął z bólu.

Przeklęci Złodzieje Serc. Na co mi to było...

Dopiero w południe usiadł na tarasie z kawą. Włączył mac booka air. W wyszukiwarce wpisał: złodzieje serc martin eden. W ułamku sekundy internet wypluł setki zdjęć szczeniaków i jej matki. I teksty, których Solberg nie rozumiał. Kolejno wrzucał je do tłumacza google i powoli czytał.

„Gdy Ojka spytała niedawno, co najpiękniejszego spotkało cię w życiu, bez większego namysłu, choć przecież dotykałeś szczęścia pod różnymi postaciami, odpowiedziałeś: szczeniaki. Może to smutne, a może nie, nie oceniasz tego, ale tak – szczeniaki. Obezwładniło cię to, jak zachłannie zagarniały życie, w czysty, pozbawiony zbędnego namysłu sposób. I jeśli kiedykolwiek chciałbyś jeszcze kimś zostać, to znowu nocnym stróżem Złodziei Serc. Tak je nazwałeś, bo kradły serca bezlitośnie. Myślałeś o nich: przybysze z innej galaktyki, którzy pojawili się tu w ramach cudu. W tamtych chwilach było już wszystko”.

Nie pamiętał „chwil, w których było już wszystko”. Może wieki temu, kiedy budził się koło Sofie, patrzył na nią i wsłuchiwał się w jej miarowy oddech.

I te komentarze. Dziesiątki komentarzy pod tekstami Edena. Łzy wzruszenia, śmiech, uznanie. O co w tym wszystkim chodzi?

Trzymał kubek z zimną kawą i zagubionym wzrokiem patrzył, jak tam, w dole, tętniło Bergen. Zamknął oczy, pod powiekami zawirowały mu promienie słońca. Na duszy czuł młyński kamień. Nie miał pewności, czy to jawa, czy sen.

Niech to się już wreszcie skończy, pomyślał. Bez nadmiernego cierpienia, bez ciężkiej choroby, bez kalectwa.

***

Nie mam pewności, czy to już jawa, czy może jeszcze sen. Wprawdzie pod zamkniętymi powiekami wibrują mi pierwsze promienie porannego słońca, a płuca wypełnia rześkie powietrze znad Morza Północnego, ale to wszystko wydaje się takie lekkie, takie nierzeczywiste, że równie dobrze może być tylko zmyśleniem. Dla pewności, że to będzie jeszcze trwać i trwać, czymkolwiek jest, chowam się szczelnie pod kołdrą.

Ale już je słyszę. Wciąż jakby z innego świata, jednak coraz bardziej rzeczywiste. - Obudźcie pana... - Ojka otwiera drzwi do sypialni i jak bomba wpadają Duffy i Hjarte.

Coś na mnie spada. Na kołdrze, która jeszcze mnie skrywa, radośnie kotłuje się siedemdziesiąt kilo, a w zasadzie już nie na kołdrze – bo ona mnie już przed niczym nie chroni – te słodkie siedemdziesiąt kilo kotłuje się na mnie, bo kołdra jest już jedynie iluzją schronienia, bo kołdra jest już tylko umowną granicą, bo kołdry już w zasadzie nie ma.

Duffy wprawnie wygrzebuje mnie łapami spod resztek snu, jakby kopała dziurę w ogrodzie. Jej córka Hjarte tylko czeka na pierwszy skrawek twarzy. Dopada mnie łapczywie i wycałowuje po końcówki włosów, od czasu do czasu podgryzając nos. Duffy stoi nad nami i kręci ogonem jak lassem – szczęśliwa. Od czasu do czasu też kłapie mnie ozorem.

Trwa to i trwa całą wieczność, a może tylko kilka sekund. Nie wiem, bo to te nieliczne chwile poza czasem.

Potem kładą się na mnie i czuję, jak biją nasze serca. Najpierw gwałtownie, ledwie po chwili już w półśnie.

To najwspanialsza chwila dnia – nawet, jeśli umieram ze zmęczenia i nie mam ochoty na jawę. To najwspanialsza chwila dnia i potem nic już jej się nie równa.

Zamykam oczy, pod powiekami wirują mi promienie porannego słońca. Nie mam pewności, czy to jawa, czy sen. Myślę, niech to trwa, niech trwa, czymkolwiek jest.

***

Choć to miało być tylko posiedzenie rozpoznawcze, bo rozprawę główną zaplanowano dopiero na pierwsze dni kwietnia, prezes sądu wyznaczył na nie największą salę. Cała Norwegia od wielu miesięcy żyła sprawą kradzieży ludzkich serc. I nikogo nie zdziwiło, że tłumy gapiów zbierały się przed sądem od samego rana. Byli też dziennikarze ze wszystkich krajowych redakcji, a nawet z dwóch agencji o światowym zasięgu.

Ledwie sędzia rozpoczął pracę, a prok. Solberg powiedział, że chce odczytać oświadczenie. Sala zamarła z zaskoczenia.

Solberg wstał i przeczytał z kartki donośnym głosem:

Być może w czasach, gdy każda informacja obiega świat w ledwie kilka sekund, te zdania brzmią jak slogan, ale dla mnie w prostocie tego przekazu kryje się wielki sens:

„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym”.

Budujemy od wieków wieżę sięgającą nieba, a ziemia trzaska nam pod nogami.

Przepraszam, pogubiłem się. Nie zauważyłem, kiedy pod moimi nogami zabrakło oparcia.

Dziękuję Złodziejom Serc, że mi o tym wszystkim przypomnieli. I że ukradli również moje serce.

Wysoki sądzie, wycofuję akt oskarżenia jako oczywiście bezzasadny.

Sala aż jęknęła. Dziennikarze strzelali w prokuratora fleszami z takim zapamiętaniem, że można było odnieść wrażenie, że to karabiny maszynowe. Solberg wiedział, że jest skończony. Że stary nie da mu teraz żyć w prokuraturze. Nie przegrywa się pokazowych spraw. A przegrani nie mają racji ani awansów. Ale poczuł dziwną lekkość. Jakby dręczące go demony rozwiały się nagle w mgle. Mrugnął łobuzersko do Edena, a ten odpowiedział mu tym samym.

***

Przed sądem stały one. Ojka, Duffy i Hjarte. Złożyłem dłonie w geście fotografów, żeby zatrzymać je w ciaśniejszym kadrze, w którym nic więcej już się nie mieści, nie kładzie się cieniem na tej ich czystej radości, nie przesłania płonących szczęściem oczu, które rozświetlają wszystko niczym słońce.

Jest dobrze, pomyślałem. Gdybyś mógł teraz zrobić cokolwiek, byłbyś tu i teraz. Sięgnąłbyś właśnie po tę chwilę. Ciesz się nią. Nie potrzebujesz niczego więcej.

***

Solberg wyszedł z sądu. Myślał o słowach Edena: „Gdybyś teraz mógł zrobić cokolwiek, co by to było? Po co byś sięgnął, prokuratorze Solberg?”

Zadzwonił.

- Sofie... Zabierz mnie.
- Skąd?
- Z dna samotności.

eden

wtorek, 9 lutego 2016

ciężar anioła

Z czarnej otchłani za oknem migotały do mnie tylko światła portu i statków tańczących na falach, bo noc była bardzo gęsta.

Na naszej małej wyspie jest zawsze tak nierzeczywiście cicho, jakby była nieczynną makietą filmową Disneya. Gdy stocznie mają kontrakty, woda w dzień niesie jeszcze jakieś hałasy. Ale zazwyczaj, jeśli coś słychać, to tylko szaleństwa wiatrów północy.

Tej nocy było jednak tak cicho, że zegar na ścianie wydawał się głośniejszy od ciężkiego sprzętu stoczniowców.

Nagle łomot do drzwi.

- Otwierać! Policja!

Wyciągnęli nas z domu i wepchnęli osobno do nieoznakowanych radiowozów. Potem szaleńcza jazda krętymi drogami i przesłuchanie na dołku w Bergen. Wszystko działo się tak szybko, że ledwie zdążyłem zebrać myśli. Na wpół śpiąca Ojka myślała, że to tylko koszmar.

- O co chodzi?! - zapytałem oficera. Byłem wściekły i przerażony.
- Nie żartuj sobie ze mnie! - odpowiedział.
- Ty sobie nie żartuj! To jakaś ukryta kamera?!
- Jak to o co chodzi?! O Złodziei Serc!

***

Mogłem przypuszczać, że to się tak skończy. Najpierw Złodzieje Serc okradli bezlitośnie nas, potem swoje nowe rodziny. Ktoś nas sypnął i teraz czekamy na proces.

Prokurator okręgowy z Bergen Øivind Solberg nie miał większych problemów z zebraniem materiału dowodowego. Zgromadził go w trzech obszernych tomach, a śledztwo trwało jedynie dwa tygodnie. W akcie oskarżenia przypisał nam role kierownicze. W jego ocenie kierowaliśmy zorganizowaną grupą przestępczą, której celem było okrutne i totalne rozkochiwanie ofiar, a potem doprowadzanie ich do szaleństwa z miłości.

- Narzędziami w rękach tych bezwzględnych przestępców okazały się bogu ducha winne szczeniaki rasy golden retriever – tłumaczył prokurator Solberg norweskiemu brukowcowi „Dagbladet”. - I choć to one dokonywały zaboru ludzkich serc w celu przywłaszczenia, to jednak nie mogą odpowiadać przed sądem z kilku powodów. Po pierwsze, są jeszcze nieletnie. Po drugie, jak dowodzą biegli, nie rozumiały one swoich czynów. Po trzecie, tak zostały wychowane przez parę okrutnych i pozbawionych skrupułów Polaków. Słowem, nie ich wina, że nie da się ich nie kochać na zabój – powiedział dziennikowi prok. Solberg.

W artykule czytamy jeszcze: „Żeby społecznemu poczuciu sprawiedliwości uczynić zadość, prokurator okręgowy zobowiązał Złodziei Serc do tego, aby odpowiedzialnie obchodziły się ze swoimi łupami. - To pozaprocesowa procedura. Jednak na przesłuchaniu zawarliśmy honorowe porozumienie, że będą kochać swoje ofiary do ostatnich uderzeń swych pięknych serc i pozwolą się traktować z wzajemnością – wyjaśnił prokurator Solberg”.

Na koniec norweski dziennikarz pozwolił sobie na niewybredny komentarz: „W naszej pięciomilionowej Norwegii żyje coraz więcej Polaków. Skoro chcą tu mieszkać, czas, aby porzucili swoje barbarzyńskie zwyczaje. Mamy nadzieję, że sąd potraktuje oskarżonych z przykładną bezwzględnością i przywróci tak przez nas umiłowany ład”.

Proces rozpocznie się prawdopodobnie wiosną. Przed sądem oskarżyciel publiczny zażąda dla nas kary bezterminowej miłości i tęsknoty do Złodziei Serc. - Ze względu na wysoki stopień demoralizacji oskarżonych i wątpliwe rokowania co do ich poprawy w przyszłości będę się domagał przed sądem najwyższego wymiaru kary. To są zwyrodnialcy miłości – powiedział prokurator.
Jak wiecie, jestem prawnikiem i miałem już gotową linię obrony. Myślę, że bez trudu bym nas z tego wyciągnął. Jednak tego nie zrobię. Sprawiedliwie to czy nie – moglibyśmy pewnie o tym dyskutować bez końca. Ale wiecie co?

Nie mógłbym marzyć o piękniejszej karze – tęsknić już zawsze za Złodziejami Serc i kochać ich już zawsze.

Panie prokuratorze, Wysoki Sądzie – nie mogliście nam zrobić piękniejszego prezentu.

A Was, drodzy Czytelnicy, proszę z głębi swojego zakochanego serca o pomoc. Dmuchajcie na zimne i piszcie listy do najwyższych trybunałów, aby postępowanie w naszej sprawie nie zostało czasem umorzone.

Zasłużyliśmy na tę karę jak nikt! I przyjmiemy ją z godnością.

***

Prokurator Øivind Solberg zbierał dowody osobiście. Nie zlecał tego ani swoim podwładnym, ani policji. Jego śledczy nos podpowiedział mu, że ta bezprecedensowa sprawa może okazać się trampoliną w jego karierze.

W aktach sprawy prok. Solberg zamieścił dokładne notatki z wywiadów środowiskowych dotyczących Złodziei Serc wraz z dokumentacją zdjęciową.

„Podejrzana Happy (przestępcza ksywka Szara) mieszka na dalekiej północy z młodym małżeństwem i ich synami (12 i 8 lat). Ona jest urzędniczką w gminie, on hoduje renifery. Marzyli o córce, ale los dał im dwóch chłopców. Teraz mają też i córkę, bo tak właśnie traktują Happy. Podejrzana wyleguje się z nimi w łóżku, chodzi z nimi po górach, a największą frajdę miała ostatnio, jeżdżąc śnieżnym skuterem. W ocenie oskarżyciela publicznego Happy dokonała przywłaszczenia serc całej rodziny, a nadto – jakimś perfidnym sposobem – sprawiła, że wszyscy bez wyjątku oszaleli na jej punkcie”.

Będąc na północy Norwegii, Solberg udał się także pod biegun. Zaprowadził go tam trop Tassana (ksywka Czerwony) – Złodzieja Serc, który 20 maja 2015 r. przeszedł na świat jako pierwszy, od samego początku był największy i najsilniejszy, ale taką łagodną, wręcz opiekuńczą, siłą urodzonego przywódcy.

Z notatek prokuratora: „Gdy w lipcu ub.r. Tassana adoptował nowy pan z uroczymi córkami (12 i 9 lat), mieszkali jeszcze w Bergen. Ale bardzo krótko. To był piątek... Przyjechali do domu z Tassanem, zrobili sobie sesję zdjęciową całą rodziną. A w sobotę rak odebrał życie jego nowej pani, mamie dziewczynek i żonie biznesmena.

Przeznaczenie wyznaczyło Tassanowi rolę pocieszyciela córek i ich ojca. Bogaty biznesmen rzucił pracę i wyjechał z dziećmi pod biegun, w swoje rodzine strony. Do dziś nie pracuje, opiekuje się córkami i Tassanem. A w zasadzie to Tassan opiekuje się nimi. Tylko on z całej szajki Złodziei Serc podołałby tej roli. Silny i łagodny.

Niepostrzeżenie okradł swoją nową rodzinę z serc i zawładnął nimi w sposób absolutny”.

W napisanym piórem ręką prok. Solberga protokole z wywiadu środowiskowego dotyczącego Kaisy (przestępcza ksywka Granatowa) czytamy: „Podejrzana doprowadziła swoją nową rodzinę do totalnego szaleństwa. Para emerytów z Bergen – on bardzo zamożny biznesmen, ona pielęgniarka i malarka – bez reszty oszaleli na punkcie Kaisy. Pan chodzi za nią w domu na kolanach, a jak niedawno polecieli do Hiszpanii, od razu stwierdzili, że takie wakacje, mimo tych luksusów, nie mają sensu. Bo są bez Kaisy”. Nigdy nie mieli psa, a testy wykazały, że mieć nie powinni, bo są zbyt podatni na kradzież serc.

Teo (ksywka Zielony) także mieszka w Bergen. Jego nowa rodzina – on urzędnik, ona profesor ekonomii, dorosły syn oraz nastoletni i córka studentka medycyny – miała kiedyś goldenkę i znowu chciała suczkę, ale teraz nie widzi już świata poza swoim szczeniakiem płci męskiej. „Mają w domu czwarte dziecko. Odmłodnieli. Ale tylko pozornie jest to okoliczność łagodząca dla Teo, bo zgodnie z norweskim kodeksem karnym kradzież serca jest jedną z najsurowiej karanych zbrodni. A Teo ukradł aż pięć serc” - zanotował prokurator Solberg.

Ostatni protokół dotyczy Bravo (ksywka Czarny). „35-kilogramowy mieszkaniec Bergen, łudząco podobny do Hjarte, będącej w posiadaniu Ojki i Martina Edena, przywódców zorganizowanej grupy przestępczej, którą obejmie akt oskarżenia, jest oczkiem w głowie nowego pana i jego rodziny: brazylijskiej żony, małej córki i nastoletniego pasierba. Biznesmen nie widzi już świata poza Bravo. Zabiera go nawet ze sobą do pracy, gdzie podejrzany – a jakże! - dokonał kolejnych kradzieży serc i stał się ulubieńcem biura. Jego pan zeznał, że podejrzany jest tak mądry, że przychodzi i dosłownie mówi, czego chce. Dokładnie tak robi matka podejrzanego Duffy”.

Trzeci tom akt kończy się obciążającą nas notatką prok. Solberga: „Wszystkie okradzione z serc rodziny są w nieustannym kontakcie z podejrzaną Ojką i Martinem Edenem. Słowa tych rodzin dowodzą, że podejrzani świadomie wytworzyli emocjonalną więź z ofiarami. Wszyscy pokrzywdzeni, jak jeden mąż, powtarzają pytanie: jak oni to zrobili, że dali nam takie genialne szczeniaki? A oni im odpowiadają bezczelnie: miłością.

Jako doświadczony śledczy zadaję jednak retoryczne pytanie, czy geniusz zbrodniarza może być okolicznością, która pozwoli mu uniknąć kary? Do jakich spustoszeń doprowadziłoby to w naszym spokojnym społeczeństwie, gdyby wszyscy przestępcy działali tak okrutnie i tak skutecznie?”

***

Więc tak to wygląda, moi drodzy. Doigraliśmy się. Dozgonna miłość i tęsknota. Zadaję sobie pytanie, czy moje skołatane serce udźwignie ten ciężar.

Na pocieszenie, zawsze się w końcu pocieszamy, czytam sobie piękny fragment „Małego Księcia”. Nie, nie ten, że decyzja o oswojeniu zawsze niesie ze sobą ryzyko łez, tylko ten o oswajaniu:

„Oswoić znaczy stworzyć więzy. (...) Jeślibyś mnie oswoił, moje życie nabrałoby blasku. Z daleka będę rozpoznawał twoje kroki - tak różne od innych. Na dźwięk cudzych kroków chowam się pod ziemię. Twoje kroki wywabią mnie z jamy jak dźwięki muzyki. Spójrz! Widzisz tam łany zboża? Nie jem chleba. Dla mnie zboże jest nieużyteczne. Łany zboża nic mi nie mówią. To smutne! Lecz ty masz złociste włosy. Jeśli mnie oswoisz, to będzie cudownie. Zboże, które jest złociste, będzie mi przypominało ciebie. I będę kochać szum wiatru w zbożu..."

Ja też już zawsze będę kochać szum wiatru w zbożu.

***

I na koniec: nie myślcie, że zapomniałem o Niej. Nawet, gdybym stracił pamięć, nie zapomnę. Serce mi nie pozwoli. Nie potrzebuję wyroków sądów, to ono wydało go raz na zawsze. Bez możliwości apelacji. I odtąd już należy do Fiordinki, której nie udało nam się sprawdzić na ten świat żywej.

Siódmą ze Złodziei Serc pochowałem w ogrodzie na skałach z widokiem na fiord. To było w nocy 20 maja. I choć minęło już tyle miesięcy, choć pozostałe szczeniaki dały nam tyle szczęścia, nieustannie myślimy z Ojką o tej kruszynie.

A gdy się pocieszam, bo w końcu zawsze się pocieszamy, patrzę w gwiazdy i przypominam sobie kolejny piękny fragment z „Małego Księcia”. Bo w gruncie rzeczy czyż Fiordnika nie spłatała nam takiego samego figla jak Mały Książę pilotowi?

„ - Chcę ci zrobić prezent. (…) Gdy popatrzysz nocą w niebo, wszystkie gwiazdy będą się śmiały do ciebie, ponieważ ja będę mieszkał i śmiał się na jednej z nich. Twoje gwiazdy będą się śmiały.(…) Będziesz miał ochotę śmiać się ze mną. Będziesz od czasu do czasu otwierał okno - ot, tak sobie, dla przyjemności. Twoich przyjaciół zdziwi to, że śmiejesz się, patrząc na gwiazdy. Wtedy im powiesz: Gwiazdy zawsze pobudzają mnie do śmiechu. (…) To tak, jakbym ci dał zamiast gwiazd mnóstwo małych dzwoneczków, które potrafią się śmiać”.

Fiordniko, to dlatego kocham milczącą zabawę spadających gwiazd. Kocham noce, kiedy patrząc na niezliczone płomyki na niebie, mam wrażenie, że wśród gwiazd rozpętałaś wichurę. Wtedy wystarczy, że z uśmiechem na chwilę zamykam oczy i czuję, jak ten gwiezdny wiatr łobuzersko rozwiewa mi włosy. Z trudnością łapię oddech, jakby pierś przygniatał mi ciężar anioła – Twój ciężar. Odchodzę w siebie i cały strumień obrazów unosi mnie ku marzeniom.

Że jesteś.

eden

wtorek, 2 lutego 2016

60 dni miłości

Zza kurtyn deszczu całymi dniami oglądasz sztormy i słuchasz huraganów. Gdy na chwilę ustają i robi się bezpieczniej, włóczysz się z goldenkami po lesie. Drzewa rosną tu bardzo płytko, na skałach. Wystarczy, że mocniej powieje, a wywracają się jak pijane.

Nocami czasem nie ma prądu. Siedzisz wtedy po ciemku, wypatrujesz świateł statków mile morskie od ciebie i są chwile, że widzisz znacznie więcej niż za dnia. Jak rozbitek, który cudem ocalał i gdzieś na bezludnej wyspie patrzy z dystansem na życie.

Nie myślałeś nigdy, że kiedykolwiek znajdziesz się tak daleko od świata. Na małej wyspie, otoczonej zimnymi wodami Morza Północnego, która w takie dni jak teraz jest królestwem melancholii. W takie dni nie musisz się nawet starać, żeby ją w sobie sycić, jak lubisz. W takie dni jesteś latawcem tańczącym w huraganie melancholii.

Zdobyłeś kiedyś szacunek i uznanie, obcy ludzie poznawali cię na ulicy i się kłaniali; miałeś miłość kobiet, oddanych przyjaciół; trzykrotnie dostałeś w prezencie życie, gdy cudem unikałeś śmierci; widziałeś świat, oceany, góry, pustynie, pokochałeś noce na Saharze. Nie było dla ciebie rzeczy niemożliwych, wystarczyło, że czegoś zapragnąłeś.

To wszystko zostawiłeś w jednej chwili. I wyjechałeś na koniec świata.

Brakuje ci tego, niekiedy tęsknisz. Ale to tu, na tej małej wyspie, którą trudno odnaleźć na mapie, dotknąłeś czystego szczęścia. Ale to tu wśród tych surowych gór i zimnego morza los podarował ci najpiękniejsze chwile życia. 60 dni totalnej miłości. Szczeniaki.

Tak, szczeniaki. Gdy Ojka spytała niedawno, co najpiękniejszego spotkało cię w życiu, bez większego namysłu, choć przecież dotykałeś szczęścia pod różnymi postaciami, odpowiedziałeś: szczeniaki. Może to smutne, a może nie, nie oceniasz tego, ale tak – szczeniaki. Obezwładniło cię to, jak zachłannie zagarniały życie, w czysty, pozbawiony zbędnego namysłu sposób. I jeśli kiedykolwiek chciałbyś jeszcze kimś zostać, to znowu nocnym stróżem Złodziei Serc. Tak je nazwałeś, bo kradły serca bezlitośnie. Myślałeś o nich: przybysze z innej galaktyki, którzy pojawili się tu w ramach cudu. W tamtych chwilach było już wszystko. 

Ojka tęskni za nimi każdego dnia. Choć ich nowe rodziny wysyłają nam zdjęcia i filmy, nie ma chwili, żeby o nich nie myślała. Mówi, że kocha je, jakby to wciąż były jej szczeniaki. Ty, do czasu adopcji, spędziłeś z nimi, z krótkimi przerwami na sen, najpiękniejsze 60 dni swojego życia, ale nie tęsknisz już za nimi, tylko za tamtym czasem, kiedy byłeś dla nich całym światem, a one dla ciebie.

Dobrze jest w życiu nie myśleć zbyt wiele, nie straszyć pustką pełną erudycji, tylko czuć. Nie samym sercem, ale całym sobą. Jak wtedy noc po nocy ze Złodziejami Serc. Więc tak, jeśli kiedykolwiek chciałbyś jeszcze kimś w życiu zostać, to znowu ich stróżem. W tamte noce ważne było tylko tu i teraz.

Tak dotyka się nieskończoności.

eden