wtorek, 19 kwietnia 2016

gdy umierała Hjarte, i my umarliśmy

1.

Zjeżdżamy z promu na naszą wyspę. To najpiękniejszy dzień tej wiosny. Powietrze jest tak lekkie, że nie czuję ciała. Droga wije się wśród gór. Raz spada gwałtownie jak lawina, za chwilę pnie się ku horyzontowi, który kreśli granat morza i błękit nieba. Jest pusta aż po kres.

Jedziemy w wieczornym słońcu. Mrużę oczy, szklą się, ale nie zakładam ciemnych okularów. Chcę jak najmocniej czuć tę chwilę. Dotykać ją wszystkimi zmysłami.

Myślę, że mamy tylko tę chwilę. Zawsze tak jest: nigdy nie mamy ani przeszłości, ani przyszłości, tylko daną chwilę. Reszta to na ogół czczy blichtr. Zawsze tak jest, ale na co dzień o tym zapominamy. Jednak w tym momencie czuję to jak nigdy. Życie nam się wymyka i mamy tylko to, co tu i teraz. Na granicy życia i śmierci wszystko inne staje się nieważne. Jest tylko ta chwila. Ostateczna i piękna surową prawdą, która uderza nas bezwzględnie i obojętnie. Być może to ostatnia piękna chwila, która została nam razem.

Jeszcze jesteśmy. Ojka, Hjarte, Duffy i ja. Zanurzeni w czasie bardziej niż kiedykolwiek. Milczymy. Ściska mnie w gardle. Z prędkością światła przelewają się przeze mnie oceany myśli, nie mam już nad niczym kontroli. Nasz świat jest ten sam, a jednak już zupełnie inny, bo sens w nim się przesunął i jest coraz bliższy i bliższy bezsensu.

Jeśli Hjarte umrze, część z nas umrze wraz z nią.

Czy to już? Czy za każdą chwilę radości i szczęścia, które były naszym udziałem, trzeba składać daninę z rozpaczy?

2.

W niedzielę Hjarte nie ma już siły wstać. Po krętych schodach znoszę ją do ogrodu i stawiam na trawie, a ona na drżących łapach z trudem robi kilka kroków. Wystarczyło kilkadziesiąt godzin, a w wulkanie energii, którym jest od pierwszych chwil na tym świecie, zostają tylko resztki życia. Myślę, jakie to wszystko kruche. W codzienności wydaje nam się, że jesteśmy nieśmiertelni, ale tak naprawdę w każdej chwili wszyscy stąpamy po bardzo cienkim lodzie. Bo nie ma chwili, żeby życie nie uciekało nam jak balon.

Biorę Hjarte z powrotem na ręce. W wychudzonym ciele czuję słabnące dotyki jej serca. Ostatkiem sił merda ogonem i całuje mnie.

- Bądź silna, kochanie. Wytrzymaj jeszcze trochę, uratujemy cię – szepczę jej do ucha.

3.

Pytam stewardesę, czy na pokładzie samolotu na pewno jest mój szczeniak. - Should be – uśmiecha się i obiecuje, że sprawdzi. Do odlotu zostaje tylko kilka minut, ale dla mnie każda sekunda ciągnie się wieczność.

Drzwi samolotu zamykają się, schody odjeżdżają, a ja nie mam jeszcze informacji o Hjarte i moje serce wali tak mocno, jakby chciało mnie znokautować. Gdyby przez jakąś fatalną pomyłkę nie było jej w luku dla zwierząt, muszę o tym wiedzieć, wyjść z samolotu i ratować jej życie inaczej.

Nagle z głośników komunikat po angielsku, pogodnym głosem mówi kapitan: - Informuję, że na pokładzie mamy szczeniaka i wszystko z nim w porządku.

Myślę, że to dobry znak. W takich sytuacjach umysł chwyta się wszystkiego, jakby dało się zaczarować rzeczywistość. Choć przecież się nie da. Mamy w życiu wpływ na kilka spraw, ale wiele z nich się porostu toczy, jak chce. Na nic zaklęcia i łzy.

Oczywiście staram się zakląć rzeczywistość. Hjarte z resztkami życia leży w klatce gdzieś pod pokładem samolotu, zbyt słaba, by odczuwać strach z powodu huku silników odrzutowca, a ja cały czas do niej przemawiam, jakby jakimś cudem mogła mnie słyszeć: - Wytrzymaj to kochanie, jeszcze kilka godzin i będziesz uratowana.

I tak samo, jak zimą, gdy przez chwilę myślimy, że naszą ukochaną Duffy zżera nieuleczalny rak, widzę jasno, co w życiu jest bezcenne. Samo życie. Oddałbym wszystko, żeby jeszcze go dla niej kupić, żeby ją ocalić. Żeby jeszcze długo móc patrzeć w jej piękne oczy, czuć jej zapach, ciepło, miłość i wygłupiać się z nią jak wariat.

Tylko z kim dobić targu? Z losem, z bogiem, z przeznaczeniem? Tylko gdzie go szukać? Jak to załatwić? Powiedzieć: „Oddaję wszystko, co mam, tylko ocal przyjaciela”?

To niedorzeczne, pełne miłości, ale niedorzeczne. Tak samo jak to, że w takich chwilach zawsze rozmawiam w myślach z ukochanym dziadkiem. Już go dawno nie ma, a jednak, kiedy chcę, potrafię w głowie wyraźnie usłyszeć jego niski głos.

Mówię mu bezgłośnie: „Pomóż”.

On nigdy nie odpowiada, ale zawsze pomaga. Nie nadużywam tego, ale zawsze pomaga.

Przed wylotem mówię jeszcze do Hjartka, żeby była silna i żeby żyła, a wtedy będę jej pozwalał na wszystko, choć tak po prawdzie nie wiem, co by to jeszcze mogło być.

Ojka idzie z Hjartoszem na inny układ: - Wyzdrowiej, a będziesz mogła chować wszystko bez konsekwencji. Jeśli schowasz buty, zimą będę chodzić o gołych stopach.

Zaklęcia idą w ruch także w Polsce. Moja matka, największy łasuch na świecie (potrafi np. zjeść wielki karton lodów mojego młodszego brata, gdy ten jest w pracy, szybko odkupić mu lody i nową porcję też zjeść), dopóki Hjarte nie wyzdrowieje, rezygnuje ze słodyczy; poza tym co chwilę podchodzi do ściennego kalendarza ze zdjęciami szczeniaków, dotyka mordki Hjartosza i powtarza: trzymaj się, mała. Matka Ojki dokłada zdrowaśki.

Irracjonalne to wszystko, ale chyba świadomie wybieramy ułudę, że jesteśmy w stanie kontrolować życie albo przynajmniej coś wyprosić zaklęciami. Lepsze to od rozpaczy.

Zaklinam rzeczywistość, aby start samolotu był jak najłagodniejszy, żeby przeciążenia były najmniej dotkliwe, żeby Hjarte to wytrzymała. Szczęśliwie jest niemal bezwietrznie i co rzadkie w Bergen, światowej stolicy deszczu, na niebie nie ma chmur. Widzę białe od śniegu góry, morze, naszą wyspę. Jestem w tym wszystkim, mogę niemal dotknąć tego nierzeczywistego piękna. Ale tak naprawdę w tej chwili nie należę już do tego świata. Nowoczesny odrzutowiec Norwegiana przenosi mnie w przestrzeni z prędkością tysiąca kilometrów na godzinę, ale moje życie zatrzymało się już dawno w miejscu. Czuję jeszcze swoje ciało, w środku mam taki ciężar, jakbym nosił w sobie młyński kamień, ale jedyne, co mnie jeszcze interesuje na tym świecie, to małe słabnące serce mojej ukochanej goldenki.

Gdzieś tam w dole Ojka jedzie na prom, do naszego norweskiego domu, do Duffy. Potem siada na sofie z telefonem w ręku i czeka na wiadomość, czy Hjarte przeżyła lot. Duffy kładzie się u jej stóp i zamiera w bezruchu.

Je też trzymam cały czas telefon i na stronie internetowej Norwegiana sprawdzam, gdzie jesteśmy, ile jeszcze kilometrów, kiedy lądowanie. Te informacje co chwilę przekazuję Ojce na komunikatorze fb.

Niebo nad Berlinem jest delikatnie zachmurzone, słońce już zaszło, mrugają do mnie miliony świateł metropolii. Schodzimy do lądowania. Szepczę zaklęcia, aby przeciążenia były jak najmniejsze. Za każdym razem, jak żołądek podchodzi mi do gardła, zamieram, jakby to mogło uratować Hjarte.

Nie ma wiatru, warunki są idealne, jednak norweski pilot wali samolotem o płytę lotniska. - Ja pierdolę - mówię pod nosem. Norwegowie tak zawsze, mają najnowsze samoloty, ale nie dorastają polskim pilotom do pięt. Polacy często sadzają maszyny niemal niewyczuwalnie, norwescy zawsze jeb.

Biegnę do hali odbioru bagaży. Pytam Hinduskę w kamizelce z logiem lotniska, gdzie mogę odebrać psa. Pokazuje mi drzwi na końcu. Podbiegam tam, znikają, dźwięki, smaki i zapachy, zastygam. Nie mam pojęcia, ile to trwa. Próbuję zadzwonić do Ojki, ale mój norweski telefon nie działa. Nerwowo szukam w plecaku polski. Jest. Ale w tej właśnie chwili woła mnie Hinduska. Nie słyszę, co dokładnie mówi, bo jest za daleko. Stoi przy taśmie bagażowej i macha, żebym przyszedł. Dociera do mnie tylko: - Your dog...

Podbiegam z sercem w gardle. - Czy możemy wydać panu klatkę z psem na taśmę bagażową, bo nie mamy klucza do tamtych drzwi? - pyta Hinduska.

Zza gumowej kurtyny, zza której na taśmę wyjeżdżają bagaże, wygląda Turek i coś tam gada przepraszająco po niemiecku, ale ja go nie słucham, nawet na niego nie patrzę. Za nim widzę klatkę. Hjarte stoi na drżących łapach i patrzy na mnie.

Moje serce, jednak bijesz!

W normalnej sytuacji, bym ich wyśmiał i kazał biec po klucz, bo to przecież niebezpieczne – układać dużą klatkę z psem na taśmie do bagaży. Ale nie teraz. Jestem szczęśliwy, że Hjarte żyje. A lotu baliśmy się najbardziej.

- Ok. But be careful! - mówię.

Turek ustawia klatkę na taśmie, a ja łapię ją jak największy skarb. Ponad 40 kg, trudne do chwycenia, ale porywam je jak piórko.

- Żyje! - krzyczę Ojce przez telefon.

Ojka odkłada komórkę i szczęśliwa krzyczy do Duffy: - Hjarte żyje!

Duffy zrywa się z podłogi, wskakuje na Ojkę i choć nigdy tego nie robi, zaczyna ją całować, wijąc się z radości. Przytulają się na sofie, śmieją się i płaczą.

Przed lotniskiem wypuszczam Hjarte na trawnik. Ledwie stoi, nie robi ani jednego kroku. Wygląda jak śmierć. Moja mała ukochana śmierć z wielbłądzimi garbami po bokach od podskórnych kroplówek. Pochylam się nad nią, a ona niemal niezauważalnie merda ogonem i całuje mnie. W jej udręczonych, przekrwionych oczach dostrzegam gasnące iskierki życia. I mam wrażenie, że cały świat gaśnie razem z nią.

4.

Ostatni tydzień śpimy z Ojką po kilka godzin, w noc przed lotem sen już do mnie nie przychodzi. Ostatnie kroplówki zaczynamy wlewać w Hjarte tak, żeby skończyły kapać tuż przed wyjazdem o 14. Wiszą na lampie w sypialni, zaczepione na wielkim ceramicznym sercu. Leżę z małą na łyżeczkę, tulę ją, czuję jak bardzo skurczyła się przez ostatnie dni, jakby była piłeczką, którą ktoś przebił. Całuję w ucho i szepczę, że musi być silna, że musi wytrzymać jeszcze kilkanaście godzin, a potem czeka nas piękne i długie życie, będziemy biegać, chodzić na ryby, buźkować się, zajadać smakołyki, tulić i błaznować.

Jest już cieniem pełnej życia Hjarte. Dokładnie tak samo wygląda tuż przed śmiercią moja 17-letnia suczka Cora. Przez ostatnią dobę stan Hjarte pogarsza się dramatycznie. Nie tylko nie ma siły już chodzić po schodach, ale z trudem wstaje.

Układam ją na kocu w samochodzie. Na prom jedziemy w milczeniu. Całą drogę rozmawiam w myślach z Hjarte (wytrzymaj, kochanie) i ze skrzynią biegów (wytrzymaj, choćby tylko do lotniska), która nawaliła i którą, nie mając pojęcia o mechanice, naprawiłem prowizorycznie z iphonem w ręku.

Na lotnisku stawiam na wózku nieskręconą jeszcze klatkę samolotową Hjarte, układam w niej małą i powoli jedziemy do hali odpraw. W pewnym momencie Ojka za bardzo przyspiesza wózkiem, którym wiezie moje bagaże. Hjarte to niepokoi i choć jedną ręką przytrzymuję ją za kark, niespodziewanie zrywa się i wyskakuje z klatki. Upada z hukiem na posadzkę, ale szybko wstaje.

Przerażający moment, jednak mnie dodaje otuchy. Jest dobrze, myślę, jesteś silna, wytrzymasz jeszcze lot, kochanie, powinnaś wytrzymać.

Potem jeszcze stres przy oddawaniu Hjarte. Celnikom tłumaczymy, że mała ledwie stoi na łapach dlatego, że jest na prochach uspokajających. Gdyby wiedzieli, że jest umierająca, pewnie by jej nie puścili.

Boję się tego, że nie będę jej w stanie wsadzić do klatki. Ale ona, gdy ją widzi, chętnie, jakby nagle przypłynęły do niej siły, wchodzi do środka sama. Wzruszam się, bo wiem, dlaczego tak robi. Zeszłego lata miała dokładnie dwa miesiące, gdy zabraliśmy ją na bezludną wyspę. Nauczyliśmy ją wtedy zostawania samemu. To dla szczeniaka najtrudniejsze - zostać bez stada. Tę samą klatkę, do której teraz weszła, stawialiśmy w małej drewnianej chacie, zachęcaliśmy Hjarte przysmakami, żeby do niej wchodziła i zostawialiśmy ją najpierw na kilkadziesiąt minut, a na końcu na kilka godzin. Potem zawsze dostawała nagrodę. Tak przez dwa tygodnie. Choć od tamtego czasu minęło dziewięć miesięcy, wspomnienia lekcji samotności nie zatarły się w niej. Nasza ukochana dziewczynka, mądra i silna.

Mówię to wszystko płaczącej Ojce, gdy żegnamy się przed bramkami odprawy celnej: - Poza tym, jeśli już musiało się to przydarzyć któremuś ze Złodziei Serc, jedynie Hjarte jest to w stanie wytrzymać. Największy zakapior w kojcu jest w stanie wytrzymać wszystko.

5.

Zaczyna się w nocy z wtorku na środę. Hjarte wymiotuje i już nic nie chce jeść. Nie myślimy, że to coś poważnego, ale na wszelki wypadek dzwonimy do przyjaciółki Magdaleny Chmielewskiej, doświadczonej hodowczyni goldenów i świetnej lekarz weterynarii, która rok temu zdalnie, podczas konferencji wideo, pomaga nam sprowadzić na świat sześcioro wspaniałych Złodziei Serc, w tym Hjarte.

Magda zaleca głodówkę. Najpierw jedną dobę, potem jeszcze drugą. I żebyśmy podali Hjarte parafinę. Jeżeli coś jej stanęło, to powinno pomóc. Mała choć tyle już nie je, nie traci humoru ani energii. Na spacerach daje matce do wiwatu i gania jak szaleniec, kręcąc między drzewami zabawne ósemki. Cała ona. W piątek dostaje lekkie śniadanie – kurczaka z ryżem. Zjada, a my jesteśmy szczęśliwi, że musiało jej się poprawić. Martwi nas tylko, że dotąd się nie wypróżnia. Ale liczymy, że kolejna porcja parafiny w końcu rozwiąże problem. Nie rozwiązuje. Obiadu już Hjarte nie je, a późnym popołudniem zwraca całe niestrawione śniadanie.

Mieszkamy na małej wyspie, na której nie ma pogotowia dla zwierząt. W piątek o tej porze większość Norwegów dojeżdża już do swoich chat w górach. Weekend to dla nich świętość. Nie mamy szans na pomoc miejscowej weterynarz. Możemy najwyżej zadzwonić na dyżurny telefon i za kilkaset koron posłuchać porad wartych funta kłaków. Musimy czekać do soboty.

Rano wsiadamy z goldenkami do samochodu i jedziemy do Bergen. Do kliniki mamy dwie godziny, w tym 40 minut rejsu fiordami. Na promie Hjarte wymiotuje zieloną mazią. Śmierdzi tak, że wyrzucamy dywanik z bagażnika samochodu.

Mała jest mocno wychudzona, straciła dużo wody, ale śmiejemy się, że nawet teraz ma więcej energii niż jej stateczna matka Duffy.

W klinice czekamy na wizytę ponad godzinę. Lekarka bada Hjarte i wyczuwa w brzuchu coś twardego. Zleca rtg. Potem siada przy komputerze, analizuje zdjęcia na wielkim monitorze i mówi, że trzeba pilnie operować. Nie wie, co to, ale coś zalega Hjarte w jelitach. Oni już nam nie pomogą, bo zamykają. Ale jak chcemy, zadzwoni na pogotowie. Ostrzega, że to może kosztować 60 tys. koron (ok. 30 tys. zł).

- Ratujemy ją za wszelką cenę! - mówię do Ojki. Ona myśli to samo. - Ale gdzie badania krwi, gdzie kroplówka? O to wszystko prosiliśmy przecież w rejestracji z samego rana przez telefon! - mówię.

Dyżurna weterynarz odmawia. Mówi, że już zamknęła klinikę, a Hjarte jest duża i podanie kroplówki trwałoby zbyt długo. Ojka płacze roztrzęsiona. Dzwonię do Magdy Chmielewskiej, która w między czasie dostała na e-maila zdjęcia rtg. Ogląda je na komórce. - To kość – mówi Magda. Nie może uwierzyć, że klinika nie chce nam pomóc, że Hjarte nie dostała żadnych leków i kroplówki.

Pytam Magdę, czy mała przetrwa lot do Polski. Magda odpowiada, że powinna.

- A jakie jest ryzyko, że nie przetrwa?
- Ryzyko zawsze jest, ale nie potrafię ci odpowiedzieć jakie. Każda godzina działa na niekorzyść. Kość może być ostra, do tego w jelitach zbierają się gazy, a w samolocie masz duże różnice ciśnień, turbulencje...

Hjarte i Duffy leżą u mych stóp. Siedzimy z Ojką w pustej poczekalni największej kliniki weterynaryjnej w Bergen. W otwartym na oścież gabinecie lekarka czeka na naszą decyzję.

- Nie wiem, co robić! - płacze Ojka.
- Ufasz im? Wierzysz, że w Norwegii dobrze zajmą się Hjarte?
- Nie. Nie ufam.
- Ja też nie.

Oboje boimy się ryzyka, ale w życiu nie istnieją żadne gwarancje, tylko ryzyko. Mówimy lekarce, że nie chcemy już ich pomocy, że zabieramy Hjarte do Polski.

- Tylko przepisz nam jakieś leki! - prosi ją Ojka. Ona nie wie jakie. Dzwonimy do Magdy. Przełączamy iphona na tryb głośnomówiący. Magda dyktuje, a Ojka przekłada Norweżce. Ale ona na nic się nie godzi. Antybiotyku nie da, bo „pies się nie kwalifikuje”. Kroplówki nie przepisze, bo „w Norwegii nie można kupować kroplówek samemu”.

Magda wścieka się, bo nie może uwierzyć w to, co słyszy. Ojka płacze. W końcu lekarka lituje się i wypisuje receptę na lek, który zahamuje produkcję kwasów żołądkowych. Zapisuje też żel na uspokojenie podczas lotu, ale Magda mówi nam potem, żebyśmy absolutnie go nie podawali Hjarte, bo by tylko ją osłabił.

Mogę lecieć z Hjarte do Krakowa albo Berlina, a stamtąd samochodem do Poznania. Magda próbuje załatwić operację w Krakowie – tam by nam bardziej odpowiadało, bo lot jest w niedzielę rano i blisko klinika. W Berlinie możemy być dopiero w nocy i jeszcze 250 km autostrady. Wieczorem dowiadujemy się, że Kraków odpada, bo nie udało się zorganizować na niedzielę lekarzy. Na szczęście nasze przyjaciółki z poznańskiego oddziału fundacji Mondo Cane poruszają ziemię i w Poznaniu już czeka na nas świetny chirurg Jacek Gołańczyk, który uratował niejednego psa ze Skandynawii.

6.

Kroplówki, których nie chciała nam dać norweska lekarka, załatwia nam zaprzyjaźniony farmaceuta. Bez nich Hjarte nie ma szans na przeżycie lotu. Wymiotuje już nawet wodą i niknie w oczach. Mamy roztwór ringera i glukozę. Stojak robimy z zegara i wieszaka.

Hjarte pozwala nam na wszystko. Nie protestuje, gdy mierzymy jej temperaturę, nawet nie drgnie, gdy pod skórę wbijamy jej igłę. Potem na zmianę całymi godzinami leżymy z Ojką koło niej i czekamy, aż skończą się kroplówki. Mała jest niezwykła: choć życie ulatuje z niej z minuty na minutę, merda ogonem nawet pod kroplówką, od czasu do czasu obdziela nas pocałunkami. Jakby była wdzięczna, że jej pomagamy.

7.

Autostradę z Berlina do Poznania pokonujemy z ojcem Ojki w wyścigowym czasie. Zatrzymujemy się tylko raz, na krótką chwilę, żeby sprawdzić, czy Hjarte żyje. Leży na kołderce w śmierdzących jak kał wymiocinach. Sprawdzamy, czy nie ma krwi, bo to by oznaczało, że w tej chwili musi być już operowana. Nie, nie ma.

Do kliniki przy Naramowickiej dojeżdżamy o północy. Z trudem biorę Hjarte na ręce, żeby ją przenieść z bagażnika, taka jest już bezwładna, z resztkami życia. Moja kochana dziewczynka, wytrzymałaś, myślę. I choć jeszcze wszystko może się zdarzyć, uspokajam się. Jest w dobrych rękach, wierzę polskim lekarzom. Jeśli w organizmie mojej ukochanej nie ma śmiertelnego spustoszenia, na pewno ją uratują.

Potem słyszę od jednej z lekarek, której dziękuję za uratowanie miłości naszego życia: - Przywieźliście ją w ostatniej chwili, to były już jej ostatnie chwile.

Fragment kości renifera ma ostre zakończenia i średnicę pięciozłotówki. Tyle by wystarczyło, żeby przerwać życie.

8.

Kilkanaście godzin po operacji Hjarte. Jeszcze kilometr do naszego polskiego domu. Długimi światłami samochodu wydzieram ciemnościom drogę. Wbijam się w gęstą noc, która lekkim oddechem kwietnia wypełnia moje płuca, rozmazuje mnie, rozmywa. Wysokie obroty silnika giną w wibracjach muzyki z płyty „Blue note plays Sting”.

I nagle tracę wzrok, trwa to ledwie krótką chwilę, ale nic nie widzę. Coś we mnie pęka. Coś puszcza. Nie zwalniam. To tylko łzy. Czyste, gdzieś z głębi, bez udziału umysłu.

W domu próbuję rozpalić w kominku, ale mi się nie udaje. Siadam na sofie ze szklanką pigwówki i macbookiem. Chciałbym się napić, ale nie mogę. Chciałbym to wszystko zacząć opisywać, tyle obrazów, myśli i uczuć się przeze mnie przelewa, ale nie mogę. Gdybym mógł teraz uderzać rytmicznie palcami w klawiaturę komputera, być może udałoby mi się przekazać prawdę o tym, czego doświadczyliśmy przez ostatnie dni. Ale nie mogę, mózg odmawia posłuszeństwa, dryfuje wolno tam, gdzie chce. Zresztą i tak nie mam siły pisać.

Myślę, że przechytrzyliśmy los. Czasem w życiu od zwycięstwa dzielą nas tylko milimetry. Tylko one i aż one. Margines błędu jest niewielki. Pół kroku za daleko i pudłujesz. Pół sekundy za szybko albo za późno i też pudłujesz. W każdej chwili idzie o drobiazgi. Ale gdy dodamy je do siebie, stanowią różnicę między zwycięstwem i klęską.

Tym razem się udało. Bo akurat byliśmy w Norwegii, gdy to się stało, a mieliśmy być w interesach w Polsce; bo Hjarte była silna; bo był samolot do Polski z wolnym miejscem dla psa; bo nie było sztormu i mogliśmy popłynąć promem na lotnisko; bo wiatr znad Morza Północnego ustał i loty nie były wstrzymane; bo jedną ręką, którą na oślep wepchnąłem w czeluść silnika, udało mi się prowizorycznie zreperować skrzynię biegów w samochodzie, która nagle odmówiła posłuszeństwa, i mogliśmy dojechać na lotnisko; bo znajomy farmaceuta załatwił kroplówki dla Hjarte i dzięki temu byliśmy w stanie ją przygotować, żeby przetrwała lot; bo autostrada z Berlina do Poznania była pusta i mogliśmy pokonać ją samochodem tak szybko jak rajdowcy i dowieźć Hjarte do kliniki żywą; bo przyjaciele pomogli nam zorganizować w Polsce operację Hjarte u świetnego chirurga; bo ostra kość, która utkwiła w jelitach, nie przerwała ich.

Siedzę na wpół żywy w pustym, cichym domu, przed kominkiem, który dziś nie chciał mnie ogrzać, trzymam w ręku szklankę wódki, której nie mogę wypić, bo nie mam siły; jest pewnie środek nocy, zapętlam piosenkę Voo Voo „To, co zostanie” w genialnym wykonaniu Natalii Przybysz i czytam wiersz Szymborskiej:

Zdarzyć się mogło.
Zdarzyć się musiało.
Zdarzyło się wcześniej. Później. Bliżej. Dalej.
Zdarzyło się nie tobie.

Ocalałeś, bo byłeś pierwszy.
Ocalałeś, bo byłeś ostatni.
Bo sam. Bo ludzie. Bo w lewo. Bo w prawo.
Bo padał deszcz. Bo padał cień.
Bo panowała słoneczna pogoda.

Na szczęście był tam las.
Na szczęście nie było drzew.
Na szczęście szyna, hak, belka, hamulec,
framuga, zakręt, milimetr, sekunda.
Na szczęście brzytwa pływała po wodzie.

Wskutek, ponieważ, a jednak, pomimo.
Co by to było, gdyby ręka, noga,
o krok, o włos
od zbiegu okoliczności.

Więc jesteś? Prosto z uchylonej jeszcze chwili?
Sieć była jednooka, a ty przez to oko?
Nie umiem się nadziwić, namilczeć się temu.
Posłuchaj, jak mi prędko bije twoje serce.

9.

Pięć dni po operacji Hjarte. Ojka nie wytrzymuje i przylatuje do nas na chwilę. Odbieram ją w nocy z dworca. Gdy wchodzi do domu, Hjarte tak się cieszy, że musimy ją przytrzymywać, aby nie pozrywała szwów.

Siedzimy do czwartej nad ranem. Ojka mówi, że dopiero teraz poczuła spokój. Pijemy ze szklanek cytrynówkę.

- Przechytrzyliśmy los. Kolejny raz - mówię. - Na szczęście brzytwa pływała po wodzie. Sieć była jednooka, a my przez to oko...

Tym razem nie zdarzyło się to nam. Więc jesteśmy tu. Jeszcze wszyscy. Bum, bum. Tak szybko biją nasze serca.

10.

Cztery dni po operacji mogę odebrać Hjarte z kliniki. Przez ten czas jej nie widziałem, zabronił lekarz.

Czeka w gabinecie. Gdy wchodzę, na chwilę zastyga – jakby nie mogła uwierzyć. Potem wpada w szał, całuje mnie, wije się, jej oczy płaczą i śmieją się; muszę ją przytrzymywać, żeby nie pozrywała szwów. Tak będzie przez kolejne dni, nie będzie mnie opuszczać na krok, od pocałunków nie będę mógł się opędzić, będzie wchodzić na mnie i tulić się.

Ale teraz jeszcze tego nie wiem. Zabieram ją do samochodu, sadzam w bagażniku i mówię:

- Widzisz, udało się, kochanie. Jesteś.

Ma na sobie kołnierz ochronny, żeby nie lizała rany po operacji. Wygląda jak mała antena satelitarna. Najpiękniejsza na świecie antena.

Siedzi i patrzy na mnie zaszklonymi, śmiejącymi się oczami. A gdy się tak uśmiecha, mam wrażenie, że cały świat się uśmiecha. I to tę właśnie chwilę utrwalam na fotografii.

Wiem, że jest tylko ta chwila. Jest tylko teraz. Tak właśnie teraz wygląda świat. Jak jej śmiejące się oczy.

eden