niedziela, 5 lutego 2017

a ja czuję tylko szalony łomot naszego serca

Twoje serce bije nadal w ludziach, którzy Cię kochali

Tytusowi

1.
być może wiatru wcale wtedy nie ma, jednak ja bardzo lubię wiatr i doskonale pamiętam, jak bez wstydu rozwiewa ci włosy, wplata w nie swój zapach i cząsteczki morza; skazani na tęsknotę, która na razie tylko się w nas tli, ale niedługo uderzy, jakby chciała nas znokautować, wchodzimy do samolotu, który zabierze nas do Polski, ciebie na tydzień, mnie na znacznie dłużej, przez zmrużone oczy patrzę na góry, których szczyty pobielił pierwszy śnieg, i mówię

jesteśmy nomadami, pieprzonymi nomadami

na małej norweskiej wyspie, która być może jest końcem świata, bo przecież różne mogą być jego końce i wszystkie je już tu widziałem, zostawiam ukochane goldenki, Duffy i jej córkę Hjarte, a z nimi zostaje jakaś część mnie, jakby każde nasze rozstanie, tak samo jak ze wszystkimi, których kocham, było trochę jak śmierć

2.
jedenaście tysięcy metrów nad ziemią czytam Księgę niepokoju Pessoi i on tam, ponad chmurami, które przecięliśmy z prędkością 900 kilometrów na godzinę, co za każdym razem, gdy siedzę na pokładzie odrzutowca, wydaje mi się nierzeczywiste, bo przecież ponad 70 ton żelastwa nie ma prawa unosić się na niebie jak piórko, ale jednak unosi się, na domiar wszystkiego wraz ze mną i całym moim światem, który dźwigam w sobie - właśnie wtedy Pessoa mówi mi to, co czuję od lat, i na chwilę przynosi mi ulgę

Nigdy się nie spełniamy. Jesteśmy dwiema otchłaniami – studnią wpatrzoną w niebo.

3.
więc przez okno samolotu wypatruję tej swojej otchłani i ogarnia mnie to samo uczucie, które jest ze mną od dziecka i najpewniej, jak mi to kiedyś przepowiedziała matka, będzie do samego końca: siedzę na brzegu własnego życia i patrzę w dal, w głąb nieskończoności, obserwuję, jak moja tęsknota, która wyraża mnie bardziej niż radość, biegnie na koniec świata, wchodzi w serce jak igła, rani, ale i na chwilę krótką jak mgnienie oka niesie ukojenie; uśmiecham się i jednocześnie pielęgnuję nieokreślone poczucie straty, która jeszcze nie nadeszła, ale która czai się w każdej chwili

to ciężar, który nomad musi dźwigać wszędzie

4.
wracasz do goldenek po tygodniu wyposażona przeze mnie w pluszowego prosiaczka i misia z ikei; spałem z nimi, a w dzień wkładałem pod koszulę, żeby przeszły moim zapachem

goldenki są zachwycone – inne zabawki przestają istnieć, Hjarte nawet śpi z misiem w pysku, a czasem uda jej się załadować do niego także świnkę, którą nieustannie podbiera Duffy

zapachem piszę im list, że jestem

5.
nie mówisz tego od razu, żeby mnie nie martwić, ale gdy jestem w Polsce, a ty w Norwegii razem z goldenkami wyjeżdżasz po znajomą na lotnisko, Hjarte, ten mój bandziorowaty szczeniak, który nie widzi poza mną świata, a ja poza nią, zamiera i czeka całą sobą, jakby sens swojego istnienia uzależniła od tej jednej chwili

gdy się nie pojawiam, zaczyna skomleć i płakać, wielkimi łzami, jak człowiek, nie chce odjeżdżać z lotniska

ma półtora roku i to nasze pierwsze tak długie rozstanie, dotąd byliśmy nierozłączni, urodziliśmy się tego samego dnia i gdy los tak zechciał, razem walczyliśmy o życie

przez telefon mówisz: - Hjarte, najbardziej uśmiechnięty szczeniak świata, przestała się uśmiechać. Rozumiesz? Ona się nie uśmiecha, jakby uszło z niej życie. I nieustannie cię szuka, a potem zrezygnowana kładzie się na posłaniu, zastyga w bezruchu i czeka. Wciąż na ciebie czeka. Nic innego się nie liczy. Jakby czas się zatrzymał.

6.
pod koniec listopada znowu wylatuję do Polski, tym razem na jeszcze dłużej; jedziemy na lotnisko, Duffy siedzi w bagażniku smutna, Hjarte rozumie coraz więcej, ale nie jest jeszcze tak pogodzona, dlatego płacze, łzy lecą jej ciurkiem, wsiąkają w sierść, tworzą na pysku brązowe zacieki, oczy ma smutne jak wszystko, czego mi w życiu brak

mówisz: - O córce Duffy marzyłam od lat. Nawet nie wiesz, jak jestem szczęśliwa, że spełniliśmy te marzenie. Ale muszę się pogodzić z tym, że Hjarte wybrała ciebie i pokochała miłością totalną, bez ciebie momentalnie gaśnie, jakby ktoś odciął jej tlen. A ty zupełnie dla niej zidiociałeś. Wystarczy, że na nią spojrzysz i oczy zaczynają ci płonąć ze szczęścia. Cokolwiek by się działo. Zawsze te szczęście.

7.
w ostatnich dniach grudnia płyniemy w wypchanej gondoli metra podziemiami Londynu, do którego przyjechaliśmy przywitać nowy rok, gnamy przez czeluści metropolii zupełnie anonimowi, unieważnieni oceanem ludzi, nikt na nas nie patrzy, jakbyśmy byli przezroczyści, jakby nas w ogóle nie było, bo tak naprawdę już nas nie ma, nie liczymy się

otwieram na iphone aplikację kindla i czytam Księgę niepokoju Pessoi:

Jeżeli piszę o tym, co czuję, to dlatego, że w ten sposób przeciwdziałam gorączce odczuwania. To, co wyznaję, nie ma znaczenia, bo nic nie ma znaczenia.

kocham metropolie, ale słowa Pessoi trafiają tu do mnie, a wręcz mnie uderzają, bardziej niż gdziekolwiek

myślę, że i my, zatopieni w tym ludzkim oceanie, nie mamy żadnego znaczenia, nasze nagłe zniknięcie zauważyłaby jedynie garstka najbliższych, ale i tak pamięć o nas żyłaby tylko tak długo jak oni

kocham metropolie i nic a nic nie przeszkadza mi, że zdarza mnie się w nich dotykać takich gorzkich prawd

mknę w wypchanej gondoli metra i patrzę na tych wszystkich bohaterów codzienności, którzy czeluściami Londynu płyną do swoich spraw, patrzę na ludzi różnych ras zanurzonych w swoich światach, które umrą wraz z nimi - całe nieznane światy, niezmierzone galaktyki, które być może nie mają żadnego znaczenia, ale jednocześnie są wszystkim

myślę o swoim świecie, który nie ma żadnego znaczenia, ale jednocześnie jest dla mnie wszystkim

z oddali minionych dni patrzę na siebie: stoję w samolocie gotowy do wyjścia, czekam, aż stewardesy otworzą drzwi, zaraz was zobaczę, serce boksuje mnie od środka

siedzicie w poczekalni małego lotniska i gdy tylko samolot się zatrzymuje na płycie, choć ciągle ma zamknięte drzwi, Hjarte zaczyna drżeć jak w febrze i delikatnie zawodzić, nie jesteś w stanie jej uspokoić, powtarzasz potem wielokrotnie, że nigdy nie widziałaś, żeby pies zachowywał się w ten sposób; celniczka, która z wytresowanym labradorem szuka narkotyków wśród pasażerów, prosi cię nawet, żebyście się przesiadły trochę dalej, bo ten głośny płacz Hjarte tak go rozprasza, że nie może pracować

wreszcie wychodzę, Duffy zaczyna kręcić piruety jak szalona, a Hjarte drży jeszcze bardziej i płacze, nie jesteś w stanie jej utrzymać, puszczasz ją, a ona, jakby ktoś wystrzelił ją z procy, dopada mnie z takim impetem, że ledwie utrzymuję równowagę, zarzuca mi łapy na szyję i tak mnie trzymając, całuje po całej twarzy, na oślep, bez opamiętania i cicho zawodzi, na ustach czuję jej wielkie, słone łzy, w moją klatkę piersiową jak młot wali jej małe serce

wali tak mocno, że już nie potrzebuję swojego

trwa to długą chwilę, ludzie zatrzymują się i patrzą oniemiali, ktoś wyciąga telefon i robi nam zdjęcia

a ja czuję tylko ten łomot naszego serca

łobuz wiatr mierzwi nam włosy, choć może wcale go nie ma

eden

4 komentarze:

  1. "umrą wraz z nimi - całe nieznane światy, niezmierzone galaktyki, które być może nie mają żadnego znaczenia, ale jednocześnie są wszystkim". Piękne. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Ja lubię ten fragment: "a ja czuję tylko ten łomot naszego serca". Serdeczne pozdrowienia! :)

      Usuń
  2. A mi pozostał tylko ten łomot. Jego serca w moim sercu. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. „ - Chcę ci zrobić prezent. (…) Gdy popatrzysz nocą w niebo, wszystkie gwiazdy będą się śmiały do ciebie, ponieważ ja będę mieszkał i śmiał się na jednej z nich. Twoje gwiazdy będą się śmiały.(…) Będziesz miał ochotę śmiać się ze mną. Będziesz od czasu do czasu otwierał okno - ot, tak sobie, dla przyjemności. Twoich przyjaciół zdziwi to, że śmiejesz się, patrząc na gwiazdy. Wtedy im powiesz: Gwiazdy zawsze pobudzają mnie do śmiechu. (…) To tak, jakbym ci dał zamiast gwiazd mnóstwo małych dzwoneczków, które potrafią się śmiać”.

      Usuń