- Gdzie?
- Na dnie samotności.
***
„Moje życie kończy się i jestem rozczarowany. Nie nastąpiło nic z tego, czego oczekiwałem jako młody człowiek. Przeżyłem chwile interesujące, ale zawsze trudne, zawsze na granicy mych sił, nic nigdy nie zostało mi darowane, a teraz mam już tego dość, chciałbym tylko, żeby wszystko zakończyło się bez nadmiernego cierpienia, bez ciężkiej choroby, bez kalectwa”.
Prokurator Øivind Solberg odłożył „Mapę i terytorium” Houellebecqa. Książkę z zakreślonym fragmentem dał mu ten Polak, Martin Eden, po kilkugodzinnym przesłuchaniu na dołku w Bergen. Zdziwił go prezent, ale nic nie powiedział. Był myślami gdzieś daleko i ledwie utrzymywał kontakt z rzeczywistością. Sprawa Złodziei Serc zaczynała mu się wymykać spod kontroli. Wziął ją chętnie w nadziei, że dzięki temu jego kariera ruszy z martwego punktu. Afera od kilku tygodni nie znikała z czołówek norweskich gazet - wszystkie redakcje potępiały szajkę kradnącą ludziom serca. Pomyślał, że sprawców ma podanych na tacy, a oni jeszcze do wszystkiego się przyznali i byli z siebie dumni. Proces będzie szybki i bez komplikacji. Potem jak nic dostanie w końcu awans na szefa wydziału do spraw przestępczości zorganizowanej w Prokuraturze Apelacyjnej. I to w blasku fleszy.
Ale z czasem zaczął nabierać coraz więcej wątpliwości.
- Dlaczego nam to robisz? - zapytał Eden na drugim przesłuchaniu.
- Taka praca – odpowiedział.
- Praca? Karanie za miłość? Kiedy się tak pogubiłeś, Solberg?
- Nie rozumiem.
- Kiedy zapomniałeś, czym jest sprawiedliwość?
- Złamałeś prawo i za to odpowiesz. To jest sprawiedliwość.
- Przypomnij sobie, co mówił Ulpian. Że ważniejszy od litery prawa jest jego duch. I że ślepe stosowanie prawa prowadzi do bezprawia. Wiedzieli już o tym starożytni. A ty jeszcze pamiętasz?
- Praca? Karanie za miłość? Kiedy się tak pogubiłeś, Solberg?
- Nie rozumiem.
- Kiedy zapomniałeś, czym jest sprawiedliwość?
- Złamałeś prawo i za to odpowiesz. To jest sprawiedliwość.
- Przypomnij sobie, co mówił Ulpian. Że ważniejszy od litery prawa jest jego duch. I że ślepe stosowanie prawa prowadzi do bezprawia. Wiedzieli już o tym starożytni. A ty jeszcze pamiętasz?
- Bzdura! - odpowiedział.
Jednak ta rozmowa nie dawała mu
spokoju. Słowa Edena ciągle dźwięczały w jego głowie. Myślał,
kim się stał przez lata pracy w prokuraturze, gdzie zniknęły
ideały, w które wierzył jeszcze długo po studiach. Duch prawa?
Już dawno o nim nie myślał.
Zgorzkniałeś i zrobiłeś się cyniczny – powtórzył w myślach kilkakrotnie. Dlaczego tak się stało i kiedy, nie miał pojęcia. Może w pewnym momencie, który przegapił, życie tak mocno zwaliło mu się na barki, że go nie udźwignął i porzucił marzenia? A czy bez marzeń należysz jeszcze do świata żywych? Czy umierasz za życia?
Był bardzo zmęczony. Myślał o zakreślonym ołówkiem fragmencie książki, którą dał mu Eden. Słowa Houellebecqa uderzyły go, jakby dostał pięścią w twarz.
- Skąd ten pisarz mnie tak dobrze zna?
Świtało. Stanął przy oknie i ponad dachami patrzył na śpiące miasto i zatokę z jachtami milionerów. Kolejna noc bez Sofie. Sto sześćdziesiąta czwarta noc bez Sofie, odkąd się rozstali w gniewie. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo mu jej brakuje.
Wlał w siebie drugą szklankę whisky. Nie, nigdy nie byłem tutaj, pomyślał. Na dnie samotności jestem pierwszy raz.
***
Byłem gotów odpokutować za to, że Złodzieje Serc okradli swoje nowe rodziny i doprowadzają je do szaleństwa z miłości. Znam prawo - kradzież serca jest zbrodnią. Kara, którą przed sądem zażąda dla nas prokurator Solberg, dozgonna tęsknota i miłość do Złodziei Serc, wydawała się więc uczciwa. Dura lex, sed lex.
Nie mogłem się jednak pogodzić z potępieniem, które nas spotkało. Z tym, że dziennikarze już dawno wydali wyrok i używali sobie na nas do woli. Nagłówki wszystkich norweskich gazet krzyczały: „Zbrodniarze stulecia kradli serca w biały dzień”, „Najwyższa kara dla zwyrodnialców”, „Polskie bestie pod sąd”.
Odezwał się we mnie buntownik. To ten stan, kiedy wiesz, że wszyscy wokół się mylą, tylko ty masz rację. I co, chowasz wtedy głowę w piasek, czy walczysz o to, w co wierzysz?
Usiadłem przy biurku. Długo patrzyłem na morze i góry za oknem, ale ich nie widziałem. Przed oczami stanął mi Solberg. Był tak smutny, że zrobiło mi się go żal i poczułem do niego nić sympatii.
Na kartce w linie z czarnego notatnika Moleskine skreśliłem piórem kilka zdań.
„De Mello opisał kiedyś autentyczną historię rozbitków, którzy dryfowali po jednym z mórz na tratwie i umierali z pragnienia, nie mając pojęcia, że unoszą ich silne prądy słodkich wód.
Czasem wystarczy tylko sięgnąć po to, co najcenniejsze.
Gdybyś teraz mógł zrobić cokolwiek, co by to było? Po co byś sięgnął, prokuratorze Solberg?”
Włożyłem kartkę do koperty i wysłałem pod adres prokuratury w Bergen.
Nie mogłem przestać myśleć. O Złodziejach Serc; o procesie, który nas czeka; o zagubionym Solbergu, który oskarża ludzi o miłość; i o nas. Co nas czeka, jaka przyszłość będzie naszym udziałem?
Poszedłem biegać. Gdy nie mogę poradzić sobie z myślami, piję, dźwigam ciężary albo biegam. Bieg kończyłem po ciemku, pod ugwieżdżonym niebem. Nie widziałem ich, ale słyszałem - koło mnie biegały sarny. Przystanąłem, słyszałem bicie swojego serca, czułem zapach lasu, ciepłego powietrza, jeziora, morza i gór i to, jak stróżki potu spływają po moich plecach. Stałem tam dłuższą chwilę w ciemnościach, kilometr od szosy i kilka kilometrów od zabudowań. I przez chwilę czułem się częścią tego wszystkiego. Wystarczyło przestać myśleć. Magiczna chwila.
***
Solberg bał się otworzyć oczy. W głowie wibrowała mu biel pokoju. Gdy próbował się podnieść, tylko westchnął z bólu.
Przeklęci Złodzieje Serc. Na co
mi to było...
Dopiero w południe usiadł na tarasie
z kawą. Włączył mac booka air. W wyszukiwarce wpisał: złodzieje
serc martin eden. W ułamku sekundy internet wypluł setki zdjęć
szczeniaków i jej matki. I teksty, których Solberg nie rozumiał.
Kolejno wrzucał je do tłumacza google i powoli czytał.
„Gdy Ojka spytała niedawno, co najpiękniejszego spotkało cię w życiu, bez większego namysłu, choć przecież dotykałeś szczęścia pod różnymi postaciami, odpowiedziałeś: szczeniaki. Może to smutne, a może nie, nie oceniasz tego, ale tak – szczeniaki. Obezwładniło cię to, jak zachłannie zagarniały życie, w czysty, pozbawiony zbędnego namysłu sposób. I jeśli kiedykolwiek chciałbyś jeszcze kimś zostać, to znowu nocnym stróżem Złodziei Serc. Tak je nazwałeś, bo kradły serca bezlitośnie. Myślałeś o nich: przybysze z innej galaktyki, którzy pojawili się tu w ramach cudu. W tamtych chwilach było już wszystko”.
Nie pamiętał „chwil, w których było już wszystko”. Może wieki temu, kiedy budził się koło Sofie, patrzył na nią i wsłuchiwał się w jej miarowy oddech.
I te komentarze. Dziesiątki komentarzy pod tekstami Edena. Łzy wzruszenia, śmiech, uznanie. O co w tym wszystkim chodzi?
Trzymał kubek z zimną kawą i zagubionym wzrokiem patrzył, jak tam, w dole, tętniło Bergen. Zamknął oczy, pod powiekami zawirowały mu promienie słońca. Na duszy czuł młyński kamień. Nie miał pewności, czy to jawa, czy sen.
Niech to się już wreszcie skończy, pomyślał. Bez nadmiernego cierpienia, bez ciężkiej choroby, bez kalectwa.
***
Nie mam pewności, czy to już jawa, czy może jeszcze sen. Wprawdzie pod zamkniętymi powiekami wibrują mi pierwsze promienie porannego słońca, a płuca wypełnia rześkie powietrze znad Morza Północnego, ale to wszystko wydaje się takie lekkie, takie nierzeczywiste, że równie dobrze może być tylko zmyśleniem. Dla pewności, że to będzie jeszcze trwać i trwać, czymkolwiek jest, chowam się szczelnie pod kołdrą.
Ale już je słyszę. Wciąż jakby z innego świata, jednak coraz bardziej rzeczywiste. - Obudźcie pana... - Ojka otwiera drzwi do sypialni i jak bomba wpadają Duffy i Hjarte.
Coś na mnie spada. Na kołdrze, która jeszcze mnie skrywa, radośnie kotłuje się siedemdziesiąt kilo, a w zasadzie już nie na kołdrze – bo ona mnie już przed niczym nie chroni – te słodkie siedemdziesiąt kilo kotłuje się na mnie, bo kołdra jest już jedynie iluzją schronienia, bo kołdra jest już tylko umowną granicą, bo kołdry już w zasadzie nie ma.
Duffy wprawnie wygrzebuje mnie łapami spod resztek snu, jakby kopała dziurę w ogrodzie. Jej córka Hjarte tylko czeka na pierwszy skrawek twarzy. Dopada mnie łapczywie i wycałowuje po końcówki włosów, od czasu do czasu podgryzając nos. Duffy stoi nad nami i kręci ogonem jak lassem – szczęśliwa. Od czasu do czasu też kłapie mnie ozorem.
Trwa to i trwa całą wieczność, a może tylko kilka sekund. Nie wiem, bo to te nieliczne chwile poza czasem.
Potem kładą się na mnie i czuję, jak biją nasze serca. Najpierw gwałtownie, ledwie po chwili już w półśnie.
To najwspanialsza chwila dnia – nawet, jeśli umieram ze zmęczenia i nie mam ochoty na jawę. To najwspanialsza chwila dnia i potem nic już jej się nie równa.
Zamykam oczy, pod powiekami wirują mi promienie porannego słońca. Nie mam pewności, czy to jawa, czy sen. Myślę, niech to trwa, niech trwa, czymkolwiek jest.
***
Choć to miało być tylko posiedzenie rozpoznawcze, bo rozprawę główną zaplanowano dopiero na pierwsze dni kwietnia, prezes sądu wyznaczył na nie największą salę. Cała Norwegia od wielu miesięcy żyła sprawą kradzieży ludzkich serc. I nikogo nie zdziwiło, że tłumy gapiów zbierały się przed sądem od samego rana. Byli też dziennikarze ze wszystkich krajowych redakcji, a nawet z dwóch agencji o światowym zasięgu.
Ledwie sędzia rozpoczął pracę, a prok. Solberg powiedział, że chce odczytać oświadczenie. Sala zamarła z zaskoczenia.
Solberg wstał i przeczytał z kartki donośnym głosem:
Być może w czasach, gdy każda informacja obiega świat w ledwie kilka sekund, te zdania brzmią jak slogan, ale dla mnie w prostocie tego przekazu kryje się wielki sens:
„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym”.
Budujemy od wieków wieżę sięgającą nieba, a ziemia trzaska nam pod nogami.
Przepraszam, pogubiłem się. Nie zauważyłem, kiedy pod moimi nogami zabrakło oparcia.
Dziękuję Złodziejom Serc, że mi o tym wszystkim przypomnieli. I że ukradli również moje serce.
Wysoki sądzie, wycofuję akt oskarżenia jako oczywiście bezzasadny.
Sala aż jęknęła. Dziennikarze strzelali w prokuratora fleszami z takim zapamiętaniem, że można było odnieść wrażenie, że to karabiny maszynowe. Solberg wiedział, że jest skończony. Że stary nie da mu teraz żyć w prokuraturze. Nie przegrywa się pokazowych spraw. A przegrani nie mają racji ani awansów. Ale poczuł dziwną lekkość. Jakby dręczące go demony rozwiały się nagle w mgle. Mrugnął łobuzersko do Edena, a ten odpowiedział mu tym samym.
***
Przed sądem stały one. Ojka, Duffy i Hjarte. Złożyłem dłonie w geście fotografów, żeby zatrzymać je w ciaśniejszym kadrze, w którym nic więcej już się nie mieści, nie kładzie się cieniem na tej ich czystej radości, nie przesłania płonących szczęściem oczu, które rozświetlają wszystko niczym słońce.
Jest dobrze, pomyślałem. Gdybyś mógł teraz zrobić cokolwiek, byłbyś tu i teraz. Sięgnąłbyś właśnie po tę chwilę. Ciesz się nią. Nie potrzebujesz niczego więcej.
***
Solberg wyszedł z sądu. Myślał o słowach Edena: „Gdybyś teraz mógł zrobić cokolwiek, co by to było? Po co byś sięgnął, prokuratorze Solberg?”
Zadzwonił.
- Sofie... Zabierz mnie.
- Skąd?
- Z dna samotności.
eden
„Gdy Ojka spytała niedawno, co najpiękniejszego spotkało cię w życiu, bez większego namysłu, choć przecież dotykałeś szczęścia pod różnymi postaciami, odpowiedziałeś: szczeniaki. Może to smutne, a może nie, nie oceniasz tego, ale tak – szczeniaki. Obezwładniło cię to, jak zachłannie zagarniały życie, w czysty, pozbawiony zbędnego namysłu sposób. I jeśli kiedykolwiek chciałbyś jeszcze kimś zostać, to znowu nocnym stróżem Złodziei Serc. Tak je nazwałeś, bo kradły serca bezlitośnie. Myślałeś o nich: przybysze z innej galaktyki, którzy pojawili się tu w ramach cudu. W tamtych chwilach było już wszystko”.
Nie pamiętał „chwil, w których było już wszystko”. Może wieki temu, kiedy budził się koło Sofie, patrzył na nią i wsłuchiwał się w jej miarowy oddech.
I te komentarze. Dziesiątki komentarzy pod tekstami Edena. Łzy wzruszenia, śmiech, uznanie. O co w tym wszystkim chodzi?
Trzymał kubek z zimną kawą i zagubionym wzrokiem patrzył, jak tam, w dole, tętniło Bergen. Zamknął oczy, pod powiekami zawirowały mu promienie słońca. Na duszy czuł młyński kamień. Nie miał pewności, czy to jawa, czy sen.
Niech to się już wreszcie skończy, pomyślał. Bez nadmiernego cierpienia, bez ciężkiej choroby, bez kalectwa.
***
Nie mam pewności, czy to już jawa, czy może jeszcze sen. Wprawdzie pod zamkniętymi powiekami wibrują mi pierwsze promienie porannego słońca, a płuca wypełnia rześkie powietrze znad Morza Północnego, ale to wszystko wydaje się takie lekkie, takie nierzeczywiste, że równie dobrze może być tylko zmyśleniem. Dla pewności, że to będzie jeszcze trwać i trwać, czymkolwiek jest, chowam się szczelnie pod kołdrą.
Ale już je słyszę. Wciąż jakby z innego świata, jednak coraz bardziej rzeczywiste. - Obudźcie pana... - Ojka otwiera drzwi do sypialni i jak bomba wpadają Duffy i Hjarte.
Coś na mnie spada. Na kołdrze, która jeszcze mnie skrywa, radośnie kotłuje się siedemdziesiąt kilo, a w zasadzie już nie na kołdrze – bo ona mnie już przed niczym nie chroni – te słodkie siedemdziesiąt kilo kotłuje się na mnie, bo kołdra jest już jedynie iluzją schronienia, bo kołdra jest już tylko umowną granicą, bo kołdry już w zasadzie nie ma.
Duffy wprawnie wygrzebuje mnie łapami spod resztek snu, jakby kopała dziurę w ogrodzie. Jej córka Hjarte tylko czeka na pierwszy skrawek twarzy. Dopada mnie łapczywie i wycałowuje po końcówki włosów, od czasu do czasu podgryzając nos. Duffy stoi nad nami i kręci ogonem jak lassem – szczęśliwa. Od czasu do czasu też kłapie mnie ozorem.
Trwa to i trwa całą wieczność, a może tylko kilka sekund. Nie wiem, bo to te nieliczne chwile poza czasem.
Potem kładą się na mnie i czuję, jak biją nasze serca. Najpierw gwałtownie, ledwie po chwili już w półśnie.
To najwspanialsza chwila dnia – nawet, jeśli umieram ze zmęczenia i nie mam ochoty na jawę. To najwspanialsza chwila dnia i potem nic już jej się nie równa.
Zamykam oczy, pod powiekami wirują mi promienie porannego słońca. Nie mam pewności, czy to jawa, czy sen. Myślę, niech to trwa, niech trwa, czymkolwiek jest.
***
Choć to miało być tylko posiedzenie rozpoznawcze, bo rozprawę główną zaplanowano dopiero na pierwsze dni kwietnia, prezes sądu wyznaczył na nie największą salę. Cała Norwegia od wielu miesięcy żyła sprawą kradzieży ludzkich serc. I nikogo nie zdziwiło, że tłumy gapiów zbierały się przed sądem od samego rana. Byli też dziennikarze ze wszystkich krajowych redakcji, a nawet z dwóch agencji o światowym zasięgu.
Ledwie sędzia rozpoczął pracę, a prok. Solberg powiedział, że chce odczytać oświadczenie. Sala zamarła z zaskoczenia.
Solberg wstał i przeczytał z kartki donośnym głosem:
Być może w czasach, gdy każda informacja obiega świat w ledwie kilka sekund, te zdania brzmią jak slogan, ale dla mnie w prostocie tego przekazu kryje się wielki sens:
„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym”.
Budujemy od wieków wieżę sięgającą nieba, a ziemia trzaska nam pod nogami.
Przepraszam, pogubiłem się. Nie zauważyłem, kiedy pod moimi nogami zabrakło oparcia.
Dziękuję Złodziejom Serc, że mi o tym wszystkim przypomnieli. I że ukradli również moje serce.
Wysoki sądzie, wycofuję akt oskarżenia jako oczywiście bezzasadny.
Sala aż jęknęła. Dziennikarze strzelali w prokuratora fleszami z takim zapamiętaniem, że można było odnieść wrażenie, że to karabiny maszynowe. Solberg wiedział, że jest skończony. Że stary nie da mu teraz żyć w prokuraturze. Nie przegrywa się pokazowych spraw. A przegrani nie mają racji ani awansów. Ale poczuł dziwną lekkość. Jakby dręczące go demony rozwiały się nagle w mgle. Mrugnął łobuzersko do Edena, a ten odpowiedział mu tym samym.
***
Przed sądem stały one. Ojka, Duffy i Hjarte. Złożyłem dłonie w geście fotografów, żeby zatrzymać je w ciaśniejszym kadrze, w którym nic więcej już się nie mieści, nie kładzie się cieniem na tej ich czystej radości, nie przesłania płonących szczęściem oczu, które rozświetlają wszystko niczym słońce.
Jest dobrze, pomyślałem. Gdybyś mógł teraz zrobić cokolwiek, byłbyś tu i teraz. Sięgnąłbyś właśnie po tę chwilę. Ciesz się nią. Nie potrzebujesz niczego więcej.
***
Solberg wyszedł z sądu. Myślał o słowach Edena: „Gdybyś teraz mógł zrobić cokolwiek, co by to było? Po co byś sięgnął, prokuratorze Solberg?”
Zadzwonił.
- Sofie... Zabierz mnie.
- Skąd?
- Z dna samotności.
eden

Miłość jest wielkodusznie cierpliwa,wszystko znosi i na koniec Miłość nigdy nie zawodzi. nawet Sofi odebrała telefon, dobry znak, a wszystko dzięki miłości, jak dobrze, ze nasze serca sa tak pojemne, ze możemy pomieścić w sobie mnóstwo miłości
OdpowiedzUsuńDziękuję za komentarz. Amor vincit omnia! I niech tak zostanie. :)
Usuń